niedziela, 18 października 2015

I don't want you to suffer when I'm gone

Hejka :)
Zacznę od tego, że bardzo, bardzo, bardzo (...) przepraszam Was za tak długą nieobecność na tym blogu. W ciągu tych trzech tygodni przekonałam się, że szkoła to zło. Jednak powracam do Was ze zdwojoną siłą. Wena jest, pomysłów ogrom, motywacja jakaś tam jest xD Czasu też powinnam mieć już więcej :) Początki są najgorsze.
No więc teraz druga sprawa: Ten one shot był totalnie nieplanowany. Serio. Nie mam bladego pojęcia dlaczego akurat wpadło mi to do głowy, ale tak mniej więcej w południe wyobraziłam sobie taką historię i musiałam to napisać na już. Planowo to powinnam była dzisiaj skończyć pisać pierwszy rozdział scenariusza z Baekhyunem, a zamiast tego po tak długiej nieobecności wracam do Was z opowiadaniem z Luhanem (który zapewne będzie tak krótki, że nawet nie da się go nazwać opowiadaniem). Natomiast tytuł jest bardzo długi: "I don't want you to suffer when I'm gone"/"Nie chcę, żebyś cierpiał gdy odejdę". A więc...
( Jeju, jak dawno tego nie pisałam)
Miłego czytania :)  

"Nie chcę, żebyś cierpiał gdy odejdę"

Podałem ci kolejną łyżeczkę okropnie wyglądającego lekarstwa, które uprzednio zrobiłem wsypując białawy proszek do gorącej wody i mieszając. Musiałem przyznać, że żadne lekarstwo, które kiedykolwiek miałem w ustach nie pachniało aż tak chemicznie. Widząc jednak jak piłaś je bez żadnej negatywnej reakcji, w dodatku z leciutkim uśmiechem na twarzy spróbowałem jak smakuje. I musiałem przyznać, że o ile zapach był tak okropny, że zatkany nos był koniecznością to smak był jeszcze gorszy. Zwykle przygotowywałem je zaledwie dwie minuty, jednak od tego dnia gdy poczułem smak nierozpuszczonego proszku, który sprawiał, ze dostałem odruchu wymiotnego poświęcałem trzy razy więcej czasu na dokładne wymieszanie.
Łyżka prawie dotykała twoich ust kiedy zatrzymałem rękę. Miałem odwieczny problem z tym, ze drżały mi dłonie, a nie chciałbym poparzyć twoich warg. Przysunęłaś usta i połknęłaś zawartość łyżki bez najmniejszego wzdrygnięcia się, po czym nie podnosząc na mnie wzroku uśmiechnęłaś się pod nosem. Zanurzyłem łyżkę w odpychającym płynie i kolejny raz przysunąłem ją prawie przytykając do twoich ust. Jednak gdy chciałaś wypić zawartość odsunąłem lekarstwo jak najdalej od ciebie. Przy okazji kilka kropel skapnęło mi na spodnie. Nie przejmowałem się tym zbytnio.
- Co się stało? - zapytałaś z nutką zaskoczenia w głosie i podniosłaś na mnie wzrok. Uśmiechnęłaś się do mnie zachęcająco otwierając przy tym usta. Nie mogłem żyć z tym, że codziennie trułem cię tyloma chemikaliami. To okropne patrzeć jak musiałaś cierpieć przez chorobę.
Podziwiałem cię. Byłaś tak cholernie silna. Wiedziałaś, że jesteś nieuleczalnie chora...
Że wkrótce odejdziesz...
Mimo to ciągle się uśmiechałaś. Czy to twoja forma pokazania chorobie, że nie ma nad tobą władzy? Że i tak pozostaniesz dawną sobą? Nigdy nie widziałem, żebyś płakała na myśl lub wzmiankę o swojej śmierci. Wiedziałaś, że nic już ci nie pomoże. Mimo to lekarze przepisywali ci każde lekarstwo, które mogło pomóc. Mieli nadzieję, więc ja także ją miałem. W dodatku stan twojego zdrowia się nie pogarszał. Wierzyłem. Całym sercem wierzyłem, że wyzdrowiejesz.
Musiałaś wyzdrowieć.
- Nic, kochanie. - odpowiedziałem cmokając cię w nos i podając ci ostatnią łyżeczkę z lekarstwem. Gdy przełknęłaś ją pogładziłaś mój policzek swoją wychudzoną do granic możliwości dłonią.
Na początku choroby nawet nie wiedziałaś, że ją masz. Jednak kilka miesięcy temu przestałaś normalnie jeść. Przy każdym posiłku widziałem, że zmuszałaś się do tego jedynie gdy widziałaś, że patrzyłem na ciebie wzrokiem jakbym miał się zaraz rozpłakać. Wówczas brałaś kilka kęsów i uśmiechałaś się do mnie promieniście mówiąc, że gotowałem ci przepyszne posiłki. "Przepyszne posiłki"? Takich nie jadałaś od zmiany trybu swojej choroby z "umiarkowanej" na "śmiertelną". Przez to sam mało jadłem. Nie mógłbym sobie wybaczyć rozkoszowania się pysznymi daniami podczas gdy ty musiałaś jeść tak ohydne posiłki rezygnując ze swoich ulubionych potraw. Skutkiem tego byłaś okropnie wychudzona z powodu choroby, a ja z powodu anoreksji, w którą nie dawno wpadłem. Czasami w duchu zadawałem sobie pytanie. Dlaczego to właśnie ja? Dlaczego nie mogłem pokochać zdrowej osoby? Nie. Musiałem przyznać, że szczerze to nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Pytanie, które wciąż krążyło po mojej głowie brzmiało inaczej. Dlaczego to ciebie spotkał tak okrutny los? Czemu nie przejmowałaś się tym mówiąc, że jesteś skazana na śmierć? Wtedy łzy napływały mi do oczu i musiałem wyjść się przewietrzyć. Zawsze robiłem to z obawą, że gdy wrócę będziesz martwa.
Tak trudno jest być zawsze silnym...
Przyłożyłem palce do twojej dłoni, nadal delikatnie muskającej mój policzek, czując samą skórę i kości. Pochyliłem się składając delikatny pocałunek na twoich wargach. Odpowiedziałaś mi tym samym jednak nie tak ochoczo jak kiedyś. Wiedziałem dlaczego. Chodziło o to, żebym nie cierpiał gdybyś odeszła, prawda? Naprawdę sądziłaś, że mógłbym o tobie zapomnieć? Nawet nie wiesz jak bardzo się myliłaś. Gdy oderwaliśmy się od siebie przytuliłem twoje kruche ciało w swoich wychudzonych, ale mimo to silnych ramionach i schowałem twarz w twoich jedwabiście miękkich włosach. Dlaczego nie mogliśmy cofnąć czasu? Wrócić do tych wszystkich chwil, które spędzaliśmy razem przed twoją chorobą? Czemu świat był tak okrutny? Dlaczego chciał mi cię odebrać?
Chwilę rozkoszowaliśmy się swoją bliskością. Według mnie ta chwila trwała zbyt krótko.
- Kocham cię, Lu. - szepnęłaś całując mnie w policzek po czym podniosłaś się z kanapy. Zawsze zastanawiało mnie to dlaczego pozwalałaś mi podawać sobie tylko to jedno lekarstwo, a drugie piłaś na osobności. Gdy trzymałaś kubek owijając wokół niego swoje zbyt zgrabne palce i czekałaś na moją odpowiedź mój wzrok wędrował od naczynia do twojej twarzy.
- Też cię kocham. - odpowiedziałem posyłając ci buziaka. Uśmiechnęłaś się do mnie odwracając się na pięcie i odchodząc w stronę łazienki. Musiałem sprawdzić dlaczego nigdy nie piłaś tego lekarstwa przy mnie? Zastanawiało mnie czy tylko udawałaś, że je pijesz. Powoli wstałem z kanapy podążając twoim śladem. Drzwi do łazienki były na tyle uchylone, żebym cię widział sam nie będąc zauważonym.
Stałaś przed umywalką wbijając paznokcie w jej krawędź do tego stopnia, że aż zbielały ci knykcie. Podniosłaś dotychczas opuszczoną głowę wpatrując się zawzięcie w odbicie w lustrze zamontowanym zaraz przy szafce wiszącej nad kranem. Zacisnęłaś paznokcie jeszcze mocnej. Dopiero wtedy zauważyłem, że łzy niekontrolowanie spływają po twoich policzkach. Mimo to nie otarłaś ich. Cichy jęk wydobył się z twoich ust. Przypomniałaś sobie jak wyglądałaś dawniej? To prawda, że dawniej byłaś szczupła, a teraz twoja skóra wyglądała jakby przykleiła się do kości. To prawda, że okropnie się zmieniłaś jednak dla mnie nadal byłaś taka jak dawniej. Sądziłaś, że kocham cię tylko ze względu na wygląd? Myliłaś się. Kocham cię za to, że jesteś. Dla mnie zawsze będziesz piękna.
- Nienawidzę cię. - szepnęłaś w stronę swojego odbicia w lustrze. - Musisz zginąć.
Odkręciłaś kurek z ciepłą wodą i umyłaś dłonie podnosząc je na wysokość umywalki. Z niedowierzaniem patrzyłem na liczne rany na nich.
Dlaczego?
Jak mogłaś je przede mną ukrywać? Zastanawiało mnie w jaki sposób tak liczne rany znalazły się na twoich dłoniach. Po chwili znałem już odpowiedź. Na moich oczach wbiłaś paznokcie po zewnętrznej stronie dłoni i zagryzłaś wargi, z których już po kilku sekundach malutkimi kropelkami spływała krew. Widząc jak się kaleczysz miałem ochotę podbiec do ciebie i zrobić cokolwiek, żebyś przestała. To był mój obowiązek. Ale nie zrobiłem tego. Czemu? Sam nie wiem. Nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Patrzyłem jak zahipnotyzowany w krew, której pozwoliłaś spływać po swojej szyi. Przeniosłaś cały ciężar ciała na swoją lewą dłoń opierając się o umywalkę i wbiłaś paznokcie jeszcze głębiej. Przymknąłem oczy nie mogąc dłużej na to patrzeć. Dlaczego nie podbiegłem do ciebie? Czemu nie krzyknąłem, żebyś przerwała? Mimo tego, że te pytania wymagały dłuższego zastanowienia po chwili zrozumiałem, że to był twój sposób na radzenie sobie z cierpieniem. Słyszałem o wielu osobach, które tną się próbując sprawić, że ból psychiczny zniknie zastąpiony bólem fizycznym. Jedynym czego nigdy bym się po tobie nie spodziewał było to, że do nich dołączysz. Po chwili zmniejszyłaś siłę nacisku paznokci na skórę i przestałaś zagryzać wargę. Ponownie odkręciłaś kurek i przemyłaś rany na dłoni ciepłą wodą. Cicho syknęłaś gdy rany zalał strumień cieczy.
- Kolejny dzień. - szepnęłaś tak cicho, że musiałem naprawdę się wysilić, żeby usłyszeć słowa, które wypowiedziałaś. Nie byłem pewien czy akurat to powiedziałaś. Po chwili sięgnęłaś dłonią w stronę tylnej kieszeni jeansów, które kiedyś były na ciebie idealne, a teraz o wiele za duże. Nawet z zaledwie odległości niecałych dwóch metrów nie mogłem dostrzec co z niej wyjęłaś. Jednak gdy światło lampy odbiło się od gładkiej, srebrnej powierzchni zrozumiałem, że to żyletka. Zawsze ją przy sobie miałaś? Wyjęłaś ostrze z cienkiego, papierowego opakowania i nad wyraz delikatnie chwyciłaś ją trzema palcami. Podwinęłaś rękaw tak, aby odkrywał lewe przedramię i przybliżyłaś żyletkę do głównych żył. Patrzyłem na to z niedowierzaniem nie mogąc się poruszyć. Wydawało mi się, że przede mną stoi całkowicie obca osoba, której żywot w ogóle mnie nie obchodzi. Ale obchodził mnie! Odetchnąłem z ulgą gdy zauważyłem, że nie cięłaś skóry. Kilka centymetrów w powietrzu nad nadgarstkiem znaczyłaś tor, który musiałaby przebyć żyletka, aby odebrać ci życie. Po chwili wyjęłaś z kieszeni coś jeszcze. Uchyliłem drzwi odrobinę bardziej, żeby przekonać się co to. Bałem się. Tak okropnie się bałem, a jednak nie mogłem się ruszyć. Czułem się jakby sparaliżował mnie strach. Po chwili dostrzegłem, że w dłoniach trzymasz zdjęcie, na którym byliśmy oboje. Zrobiliśmy je naprawdę dawno temu. Nie sądziłem, że jeszcze o nim pamiętałaś. Położyłaś fotografię na szafce stojącej tuż obok umywalki i przyłożyłaś do niej żyletkę tnąc ją jeden jedyny raz. Podniosłaś zdjęcie na wysokość oczu. Dostrzegłem, że moja postać nie była pocięta jednak w poprzek twojej od pasa aż w okolice serca biegły cieniutkie, poziome linie. Z odległości w jakiej staliśmy dostrzegłem ich około pięćdziesiąt. Wkrótce zrozumiałem o co chodzi. "Kolejny dzień"? Każdego dnia gdy cierpiałaś rysowałaś jedną linię na swoim zdjęciu zamiast na nadgarstku? Cierpiałaś ponad pięćdziesiąt dni? Łzy napłynęły mi do oczu kiedy podniosłaś kubek z kolejnym lekarstwem przytykając go do ust. Z bólem serca patrzyłem jak grymas obrzydzenia wykrzywia twoją twarz. Z całej siły zacisnąłem palce na framudze drzwi nie przejmując się tym, że zostawiam rysy w niedawno pomalowanej powierzchni. Gdy lekarstwo było wypite pojedyncza łza spadła na mój wizerunek na naszym wspólnym zdjęciu. Wyciągnęłaś prawą dłoń, którą ciągle trzymałaś żyletkę i chciałaś otrzeć ją jednak zawahałaś się. Najpierw odłożyłaś narzędzie, żeby przypadkiem nie zarysować mojej postaci i dopiero wtedy ją wytarłaś. Miałem ochotę krzyknąć, żebyś się nie przejmowała.
Po tym co przed chwilą zobaczyłem z czystym sercem mogłaś zrobić co najmniej dwadzieścia nacięć na moim zdjęciu.

Nigdy nie sądziłem, że istnieje coś co może trwać wiecznie. Wszystko przemija wraz z czasem. Jednak...
Nasza miłość miała być wieczna.

W pierwszej chwili kiedy cię ujrzałem wydawałaś mi się po prostu rozkapryszoną beksą, która nie dostała tego na czym jej zależało. Przyznam, że widząc jak płaczesz miałem nieprzemożoną chęć wyśmiać cię albo rzucić w twoją stronę jakiś kpiący komentarz. Tak. To prawda. Kiedy byłem mały miałem bardzo wredny charakter. Po chwili przyglądania ci się po prostu usiadłem na huśtawce obok ciebie. Zastanawiałem się dlaczego zaledwie kilkuletnia dziewczynka robi sama na placu zabaw, w dodatku tak strasznie płacząc.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytałem na co pochyliłaś głowę patrząc na swoje buty ubrudzone w piasku i dalej płakałaś. To było naprawdę dziwne. Mimo, że miałem tylko osiem lat nikt mnie nie ignorował. Dlaczego miałbym pozwalać na to jakiejś dziewczynce, której los nie wiedzieć czemu mnie zainteresował? Przyklęknąłem przed tobą nie zważając na piasek i zajrzałem ci w twarz. Podniosłaś na mnie swoje załzawione, wielkie, a mimo to jakże piękne oczy. Ponoć "najpiękniejsze oczy mają ci, którzy najwięcej płaczą." Nie wiem kto to wymyślił, ale nie mylił się.
- Co się stało? - zapytałem patrząc na ciebie z rosnącym zainteresowaniem. Uznałem, że najwidoczniej nie byłaś gotowa odpowiedzieć na to pytanie, więc zadałem inne. - Jak masz na imię?
- ____. - odpowiedziałaś słodkim jak miód, dziecięcym głosikiem, który lekko drżał z powodu płaczu.
- Jestem LuHan, ale możesz na mnie mówić po prostu Lu. - powiedziałem uśmiechając się. Sam nie wiedziałem czemu się tak zachowywałem. Dlaczego zależało mi na tym, żebyś opowiedziała mi o co chodzi? Żebyś przestała płakać?
- Ale my się nie znamy. - pisnęłaś, jak na tak małą dziewczynkę wyjątkowo mądrze i przez chwilę łzy przestały spływać ci z policzków.
- Mama zabroniła ci rozmawiać z nieznajomymi, hmm? - zapytałem domyślnie przyglądając się temu jak powoli się uspokajasz. Nagle wybuchnęłaś jeszcze większym płaczem. Nie mogłem cię uspokoić, a twój szloch przyciągał uwagę coraz większej liczby dorosłych bawiących się tu razem z dziećmi. - Co się stało? - spytałem ponownie unosząc twój podbródek tak abyś patrzyła mi w oczy i wierzchem dłoni otarłem twoje łzy.
- Mama odeszła! - pisnęłaś rzucając mi się w ramiona z taką siłą, że zachwiałem się i nieomal się przewróciłem. Nie wiedziałem co powiedzieć w takiej sytuacji. Pocieszanie cię wydało mi się jakoś dziwnie nie na miejscu, więc po prostu przytuliłem cię pozwalając abyś się wypłakała. 
- Gdzie mieszkasz? - zapytałem gdy trochę się uspokoiłaś i odsunęłaś ode mnie chcąc ponownie wdrapać się na huśtawkę. Wzruszyłaś wątłymi ramionami mówiąc, że nie znasz adresu. Poprosiłem, więc, żebyś mnie tam zaprowadziła. Bałem się, że teraz tata martwi się gdzie się podziewałaś. Ufnie chwyciłaś mnie swoją pulchną rączką za dłoń i poprowadziłaś w kierunku swojego domu. Kilka razy musiałem zatrzymać cię na przejściu na pieszych, żebyś nie wpadła pod samochód. Czułem, że zrobiłem dobrze odprowadzając cię. Inaczej zamartwiałbym się czy dotarłaś tam cała i zdrowa. Wskazałaś mi paluszkiem dom, więc stanęliśmy przed drzwiami i czekaliśmy aż ktoś nam otworzy. Zauważyłem, że łzy nadal spływają po twoich policzkach, więc przykucnąłem i położyłem ci dłonie na ramionach.
- Nie przejmuj się. Obiecuję ci, że od teraz wszystko już będzie dobrze. 
- Naprawdę? - zapytałaś z błyskiem w oczach.
- Naprawdę. - odpowiedziałem i szczerze to nie przypuszczałem, że od tego dnia będę przychodził na plac zabaw codziennie tylko po to, żeby cię zobaczyć.

Odkąd tylko pojawiłaś się w moim życiu zmieniłaś mnie diametralnie. Chciałem, żeby nasza miłość była wieczna. I szczerze wierzyłem w to, że zawsze będziemy razem. No właśnie... Wierzyłem.

Moment, w którym w pełni uświadomiłem sobie, że umrzesz? Że cię stracę? Nie sądziłem, że nadejdzie tak szybko. Jeśli mam być szczery nie sądziłem, że w ogóle nadejdzie. Zapomniałem, że nie jesteśmy nieśmiertelni.
Patrzyłem jak nabierasz trochę podkładu na palec i zatuszowujesz nim rany na dłoniach. Tak bardzo bolało mnie, że robiłaś sobie krzywdę. Jednak jeszcze bardziej bolało to, że nie zaufałaś mi na tyle, żeby mi powiedzieć iż cierpisz. Tak. Wiem, że gdybym to ja był na twoim miejscu też bym tego nie powiedział. Ale mimo wszystko to bolało.
Na palcach oddaliłem się w stronę kanapy i pospiesznie włączyłem telewizor udając, że oglądam jakiś program. Jednak moje myśli krążyły wokół ciebie. Nie wiedziałem czy powiedzieć ci, że widziałem jak bardzo cierpiałaś.
- Dobranoc, Lu. - usłyszałem twój cichy szept przy moim uchu. Wychyliłaś się bardziej zza oparcia kanapy i pocałowałaś mnie w policzek po czym odeszłaś. Cieszyłem się, że światło było w salonie było wyłączone. Dzięki temu nie widziałaś łzy, która samotnie spływała po moim policzku.

Poczekałem mniej więcej pół godziny aby upewnić się, że zasnęłaś i udałem się na nasze miejsce spotkań. Poprawka - na miejscu, w którym spotykaliśmy się gdy byłaś jeszcze zdrowa. Pamiętam jaka byłaś szczęśliwa gdy przyprowadziłem cię tam. Siedzieliśmy wówczas przy ogromnym drzewie, opierając się o jego korę wtuleni w siebie i podziwialiśmy gwieździste niebo. Ponownie musiałem zadać sobie pytanie: Dlaczego nie możemy cofnąć czasu?
Oświetlając sobie drogę latarką podszedłem tuż do kory drzewa w miejscu gdzie w serduszku były wyryte nasze inicjały. Wyjąłem z kieszeni nożyk i zrobiłem poziomą kreskę na pierwszej literze mojego imienia.

Każdego dnia przybywała jedna linia na korze i jedna linia na zdjęciu.
Każdego dnia twój stan zdrowia się pogarszał.
Każdego dnia modliłem się, żebyś wyzdrowiała.
Każdego dnia udawałaś, że wszystko jest w porządku.
Każdego dnia cierpieliśmy.

Prawie miesiąc po tym jak odkryłem twój sposób radzenia sobie z bólem odkryłem coś co zraniło moje serce jeszcze bardziej. Jeśli naprawdę sądziłem, że dotychczas cierpiałem to się myliłem. Od tego dnia ból był wręcz nie do zniesienia. Na półce w twoim pokoju znalazłem siedem zdjęć sztuk tego samego zdjęcia, na których twój wizerunek był pocięty.
Cierpiałaś siedem razy dłużej niż myślałem.

Tej nocy wracałem z naszego miejsca zaraz po tym jak zaznaczyłem kolejną kreskę pod moim inicjałem. Bawiłem się na przemian włączając i wyłączając latarkę. Nagle w oddali usłyszałem piski syreny alarmowej. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia, poczułem nagły skurz w brzuchu i rzuciłem się przed siebie aby jak najszybciej dotrzeć do naszego domu.

Jak wyobrażałem sobie twoją śmierć?
Sterylnie czyste pomieszczenie w rzeczywistości było inne niż myślałem. W filmach zawsze było przedstawione jako miejsce, w którym ludzie cierpią. Jako miejsce gdzie lekarze podchodzą do rodzin chorej osoby, a oni wiedzą, że zaraz usłyszą "Zrobiliśmy co było w naszej mocy." Jednak ja czułem się inaczej. Nie mogłem płakać czując twoje silnie zaciśnięte palce na mojej dłoni. Ignorowałem to, że twoje paznokcie przebiły moją skórę. Widziałem twoje mięśnie, które z całej siły napinałaś, usta, które były leciutko uchylone przez oddech, który się nimi wydobywał. Patrzyłem na twoje przymknięte oczy, na twoją lewą dłoń, która coraz bardziej zaciskała się na pościeli. Biła od ciebie wola walki. Czułem, że byłaś gotowa zrobić wszystko, żeby tylko nie zostawić mnie samego na tym świecie. 
Jednak ta decyzja nie należała do ciebie.
Pojedyncza łza spłynęła po twoim policzku znacząc na nim błyszczący tor. Nachyliłem się w stronę twojego czoła i pocałowałem cię delikatnie w czoło. Palce zacisnęły się jeszcze bardziej na moim nadgarstku powodując tępy ból w moich żyłach. Całą siłą, która jeszcze ci pozostała otworzyłaś oczy. Były pełne łez i straciły wesołe iskierki, które zawsze w nich dostrzegałem. Nawet wtedy gdy wiedziałem, że cierpiałaś tysiąc razy mocniej niż ja.
- Co się stanie gdy odejdę? - zapytałaś drżącym głosem odszukując moje oczy swoimi. Pogrążyłem się w ich hipnotyzującej, nieprzeniknionej czerni.
- Obiecuję ci, że od teraz wszystko już będzie dobrze. - powiedziałem zmuszając się do uśmiechu i przypominając sobie słowa obietnicy, którą złożyłem ci tak dawno temu.
- Naprawdę? - Też pamiętałaś.
- Naprawdę. - To wszystko. Na tym skończyła się nasza rozmowa tego dnia gdy odprowadziłem cię do domu. Bałem się, że teraz też się skończy.
- Kocham cię, Lu. - powiedziałaś, a jeden z twoich palców zakreślił serduszko na wierzchu mojej dłoni.
- Ja ciebie też. - wyszeptałem starając się aby nie załamał mi się głos.
- Lu, pozwolisz mi odejść? - zapytałaś patrząc mi prosto w oczy, żeby w razie potrzeby wyczytać z nich czy kłamałem.
- Pozwolę. - szepnąłem składając na twoich ustach delikatny pocałunek, który na ułamek sekundy pozostał odwzajemniony. Musiałem to powiedzieć. Inaczej walczyłabyś dalej. Nadal byś cierpiała.
- Dziękuję. - powiedziałaś delikatnie się uśmiechając, a nacisk twoich palców na mojej dłoni zelżał. Chciałem nadal czuć tępy ból w nadgarstku. Symbolizował to, że walczyłaś. 
Jednak każda walka musi kiedyś się zakończyć.

Pamiętałem to co kiedyś usłyszałem od matki:
"To co wymarzysz i tak nigdy się nie spełni. Rzeczywistość sama zdecyduje jaka zechce być."
Rzeczywistość jednak była tak okropna, że za żadne skarby świata nie byłem w stanie w nią uwierzyć.

Pobiegłem przed siebie ile miałem sił w nogach jednak uspokoiłem się widząc, że karetka nie zatrzymała się przed naszym domem. Była usytuowana mniej więcej w połowie drogi, którą należało przebyć do naszego miejsca spotkań. Przeszedłem obok ambulansu z zainteresowaniem wyciągając szyję, aby zobaczyć co się stało. Miejsce jednak było ogrodzone taśmą, a wokół rannej osoby klęczeli liczni lekarze, więc świadomy tego, że i tak nic bym nic nie zobaczył ominąłem miejsce wypadku i przeszedłem chodnik po drugiej stronie drogi. Nadal wyłączając i włączając latarkę szedłem powolnym krokiem do domu. Noc była gwieździsta, wiał lekki wietrzyk jednak mimo tego, że byłem ubrany jedynie w cienki sweterek nie było mi zimno. Idealny wieczór. Podobny do tego kiedy pierwszy raz, razem z tobą udaliśmy się na polankę obok drzewa, na którym teraz widniały nasze inicjały.
Nagle poślizgnąłem się na czymś i boleśnie upadłem na kość ogonową. Cicho jęknąłem i włączyłem latarkę dostrzegając średniej wielkości białe perełki porozrzucane dookoła. Przez ułamek sekundy patrzyłem na nie z przerażeniem w oczach i ustami otworzonymi w niemym krzyku. Obróciłem twarz w kierunku karetki i pobiegłem tam najszybciej jak mogłem. Przepchnąłem się między lekarzami i kilkoma policjantami krzyczącymi "Nie może pan tam wejść!" i dosłownie rzuciłem się na ziemię przy martwym ciele mojej ukochanej.
Przy twoim martwym ciele.
Te perły były prezentem, który podarowałem ci na naszą piątą rocznicę. Tak bardzo ci się podobały, że nosiłaś je wszędzie i kilka razy płakałaś gdy dostrzegłaś na jednej z nich choćby niewielką ryskę.
Rozpoznałbym je dosłownie wszędzie.
Plamiłem swoje dłonie twoją krwią przyciskając twoją głowę do swojej klatki piersiowej, szukałem pulsu, choćby najmniejszego znaku, że żyłaś. Widząc twoje szeroko rozwarte źrenice wiedziałem, że zginęłaś szybko.
Czy to lepiej, że umarłaś bez większego bólu? Czy to lepiej, że nie zapytałaś mnie o pozwolenie czy możesz odpuścić walkę?
- Proszę pana! Musi ją pan zostawić! Proszę pana! Słyszy mnie pan!? - wrzeszczał na mnie jeden z policjantów próbując odciągnąć mnie od twojego ciała. Delikatnie zamknąłem palcem twoje powieki zalewając się przy tym łzami po czym złożyłem delikatny pocałunek na twoim zimnym już policzku.
Wyszłaś po to, żeby mnie szukać, prawda? Wiedziałem to.
Uwolniłem cię od bólu.
Pomogłem ci odejść.
Zabiłem cię.

Zacisnąłem mocnej palce na białej perełce. Jedynym co zostało mi po tobie gdy wczoraj odeszłaś. Lewą dłonią koślawą linią przekreśliłem nasze inicjały. Tym razem twój również. Siedziałem opierając głowę o korę drzewa i wpatrując się w nasze wspólne zdjęcie - jedyne niepocięte, które znalazłem w naszym domu. Słońce powoli zaczynało swój monotonny kurs po niebie. Nagle na tle tego zjawiska ujrzałem czyjąś delikatną sylwetkę. Przetarłem oczy i wytężyłem wzrok jednak nie zniknęłaś. Powolnym krokiem szłaś w moją stronę wyciągając do mnie prawą dłoń. Napawając się widokiem zdrowej ciebie podchodziliśmy bliżej siebie. Po kilkunastu sekundach staliśmy naprzeciwko siebie patrząc na siebie z miłością w oczach.
- Chodź ze mną. - szepnęłaś chwytając swoją dłonią mój nadgarstek. Po chwili szliśmy wtuleni w siebie kierując się ku słońcu, które świeciło coraz jaśniej.

***

Starsza kobieta właśnie kończyła wycierać naczynia kiedy usłyszała dźwięk pukania do drzwi. "Ktoś przyszedł mnie odwiedzić?" pomyślała z radością. Tak rzadko była odwiedzana, a tak bardzo lubiła gości.
- Dzień dobry. - przywitała się z uśmiechem otwierając drzwi jednak szczęście szybko zeszło z jej twarzy gdy zobaczyła policjantów stojących w progu jej domu. - W czymś panom pomóc? - zapytała pospiesznie próbując ukryć swoje zmieszanie związane z ich przybyciem.
- Jest pani matką LuHana? - spytał jeden z sierżantów szczędząc sobie powitania. Drugi lekko szturchnął go łokciem sugerując, że powinien być delikatniejszy.
- Tak. A coś się stało? - zapytała kobieta patrząc z rosnącym lękiem w czarne oczy wyższego od niej o kilkanaście centymetrów policjanta.
- Z przykrością stwierdzam, że pani syn nie żyje. - starsza pani czuje ukłucie serca, ale łzy nie wypełniają jej oczu. Gdy dowiedziała się o wypadku ukochanej LuHana wiedziała, że niedługo ten zrobi coś głupiego.
Mimo to nie powstrzymała go.
- Znaleziono to przy jego ciele. - mówi drugi policjant wciskając kobiecie w dłoń okrągły przedmiot średniej wielkości. Matka LuHana podnosi na wysokość oczu perłę.
Czarną perłę.


____________________________
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam, że musieliście tak długo na to czekać.
W sumie to wyszło dużo~ dłuższe niż planowałam. To miał być jeden z tych one shotów, w które nie da się wczuć, bo kończą się zaraz po dobiciu do tysiąca wyrazów. Natomiast moje chore pomysły sprawiły, że liczy sobie 3.645 słów i 9 stron w Wordzie.
Nawet nie wiecie jak piosenki motywują mnie do tworzenia. Kończone przy "ERROR" od VIXX.

Mam nadzieję, że się Wam spodobało :)
Czekam na opinie i komentarze.
Taeyeon ^^

5 komentarzy:

  1. Jesteś kolejną osobą, przez którą mogę nie wstać do szkoły xD
    Nieźle wczułam się w to opowiadanie. Było wspaniałe i zaparło mi dech w piersiach. I ta czarna perła na koniec <3
    Takie pytanie za sto punktów. Czy ty musisz wszystkich po kolei w każdym scenariuszu uśmiercać? x.x (no dobra, sama i tak często to robię xD)
    Już nie mogę się doczekać twojego kolejnego dzieła! Po prostu uwielbiam czytać twoje prace <3
    Weny! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3
      Haha xD Naprawdę? W takim razie bardzo mi miło, że przeze mnie nie możesz wstać do szkoły ;D
      Ech... A moim zamiarem było to, żeby nie dało się w to wczuć (Nie pytaj czemu, bo sama nie wiem xD) Ale w końcu moje chore pomysły wygrały i tak oto powstało to "dzieło" o mega długaśnym tytule. "Czarna perła na koniec" mi też się podoba xD
      Jak wszyscy zdążyli zauważyć lubię smutne zakończenia. To nie jest spowodowane tym, że jestem seryjną morderczynią, bo nie jestem xD Po prostu pierwszy blog ze scenariuszami, który kiedykolwiek przeczytałam miał scenariusze jedynie z bad end'ami. To właśnie dzięki ich autorce zaczęłam rozwijać jedną ze swoich pasji, czyli pisanie. Więc osobiście wolę smutne zakończenia. Jednak obiecuję, że szykuję też kilka z happy end'ami, więc nie będzie tylko samych smutasów.
      Ja również nie mogę doczekać się Twoich prac i również uwielbiam je czytać <3
      Także życzę dużo weny i dziękuję za komentarz ^^

      Usuń
  2. Może jest ze mną coś nie tak, ale nie potrafiłam się wczuć w to opowiadanie xd Było smutne, piękne i po prostu takie jakie lubię najbardziej~ Może to przez styl, osobę w której pisałaś nie mogłam się wczuć - a właśnie myślę, że to przez to. Tak to jest jak piszę tylko w os.II i os.III l.mn.
    Naucz mnie pisać takie długie opowiadania/oneshoty T-T Och, naprawdę męczę się z długością oneshota z V (wydałam swój comebeczek, buu! Spaczenie mózgu! xd)
    Bądź co bądź, spodobało mi się i liczę na więcej smutnych zakończeń (zabijaj sobie kogo chcesz ale Kookie niech sobie pożyje :v)
    Dużo weny i liczę na więcej wspaniałych dzieł~!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierzysz mi, jeśli Ci powiem, że ja też nie mogłam się wczuć w to opowiadanie? W głowie miałam to ułożono no... jakby to ująć... no chodzi o to, że "brzmiało" to fajniej, a jak to napisałam to zmieniałam z cztery razy narrację. Do II os. l.poj. ze strony dziewczyny nie mogłam tego dać, bo inaczej nie mogłabym pisać przeżyć Luhana, a to właśnie na tym się opiera. Właśnie najbardziej zastanawiałam się nad tym czy pisać tak jak jest teraz czy w IIIos. l.poj. ale w końcu zostawiłam tak, ponieważ tak "głucho" się to czytało (nie umiem wyjaśnić o co mi chodzi xD).
      Haha ;D Przecież w pisaniu długich dzieł nie ma nic trudnego ^^ Na pewno Ci się uda, jeśli będziesz miała czas dłużej posiedzieć przy komórce, laptopie czy gdzie to piszesz. No właśnie czekamy na Twój comeback! Pamiętaj, ma być lepszy niż comeback Big Bang. Pamiętam o tym i nieźle Cię z tego rozliczę :)
      Też kocham smutne zakończenia. Mój człowiek. H5! Ach, no właśnie miałam w końcu opublikować drugi rozdział opowiadania z Kookiem... Zapomniałam xD Ale pewnie szybko go nie dodam, bo niedobre ludzie pozamawiały sobie u mnie kolejność poza kolejką ;D
      Tobie również życzę dużo weny, dziękuję za komentarz i czekam na Twój bigbangowy comeback :)

      Usuń
    2. Miałam comeback, ale nie taki super jak oppasy :/
      Niestety dla mnie długie pisanie jest trudne.
      A tak w ogóle, masz tu comebeczek:
      (http://painandrainandlove.blogspot.com)

      Usuń

Google+ Followers