Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luhan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luhan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 czerwca 2018

TW #6 Fragments of another world


W innym życiu będziemy stali obok siebie, śmiejąc się z tego,
że w tym nie jesteśmy razem

      Sehun pamiętał twarz ojca. Jego jasnobrązowe tęczówki, w których pewnego popołudnia odbijała się tafla spokojnego jeziora, trzy szwy na pozornie niewielkim, ale bardzo głębokim przecięciu na prawym policzku, ledwie dostrzegalną bliznę na górnej wardze, która powstała jeszcze przed narodzinami jego pierwszego dziecka.

wtorek, 19 września 2017

TW #2 Living a human life

Hejka :)
Minął tydzień od opublikowania ostatniego posta, więc teoretycznie powinnam mieć masę tematów do poruszenia w adnotacji, ale jakoś nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy :') 
Więc hmmm... Kupiłam przedczoraj donuta z tęczową posypką! XD Tak, to na tyle ważne, by to napisać XDDD Emmm... Oprócz tego... Heh, serio nie wiem, co napisać XD 
Przyszły mi w końcu te farby :-: Teraz będą leżeć nieotwarte na półce i się kurzyć, ale cóż :') Czytam sobie "Harry'ego Pottera" po angielsku ostatnimi czasy i mój komentarz to - 👌. 
Co do comebacku BTS - miałam czas jedynie na przesłuchanie DNA, więc o innych piosenkach nie mogę się wypowiedzieć :') A co do DNA - MV jest całkowicie inny od ich poprzednich teledysków, więc szczerze to się trochę zdziwiłam, podczas pierwszego oglądania :') Ale przy drugim już przestałam na to zwracać uwagę xD Bardzo mi się podobają cztery rzeczy 😏 1. Ten solo taniec V, ale chyba nie muszę tłumaczyć czemu 😏 2. Fryzura Jungkooka 🐰 Undercut życiem XD 3. Rap Jungkooka - boooo... Bo dawno nie rapował, a jego głos jest super :') 4. Jin w końcu ma w miarę dużo partii do śpiewania :') I tak śpiewa najmniej z wokalistów, ale cóż... Śpiewa zdecydowanie więcej niż w ostatnich piosenkach BTS 👌
Więc nie przedłużam :')
Miłego czytania 



Bał się liczyć na kogoś poza sobą.
Bał się zawieść na drugiej osobie.
Doszedł do wniosku, że najlepiej będzie mu samemu.

Musisz wrócić do domu, Sehun.
     Blondyn zamarł w połowie kroku i rozejrzał się uważnie dookoła, wytężając wzrok na tyle, by dojrzeć nawet najdalszy kraniec chodnika. Nie zauważył niczego niepokojącego i mimo że powinno go to uspokoić, stało się wręcz przeciwnie - czuł przyspieszone bicie swojego serca i dopiero po długiej chwili, gdy zakręciło mu się w głowie, zdał sobie sprawę, że do tej pory wstrzymywał oddech.
- Coś nie tak?

piątek, 23 czerwca 2017

One night in a strange city

Hejka :)
OMG Ja żyję XD Taaaa... Też się dziwię. Z taką zaawansowaną zdolnością o robienia sobie krzywdy czymkolwiek to cud :")
W ogóle ostatni post był w Dzień Matki, to ten jest w Dzień Ojca XD A tak serio to przypadek :") Po prostu zepsuł mi się laptop wcześniej i nim został naprawiony, napisałam całość tego shota, więc zostało mi jedynie przepisanie go. Z góry przepraszam, jak są jakieś błędy, nie mam weny na sprawdzanie tego XD
Hehe, no więc zapytam z odrobinę złowieszczym uśmiechem, jak tam średnia ocen na koniec roku 'B) 
A i wypadałoby Was poinformować, że postaram się skończyć zamówienia (a przynajmniej większą ich część) w te wakacje, bo... Bo wypadałoby :") Teen Wolfa też chcę skończyć w te wakacje, ale to to raczej po nocach xD
Miłego czytania 
zamówienie dla Beautiful Killer | Xiao Luhan | Jedna noc w dziwnym mieście | 5.679 słów

I żeglował z powrotem przez prawie rok
I wiele tygodni, i  jeszcze jeden dzień
Aż dotarł do swego pokoju, gdzie panowała noc

     Zerknęła w kierunku stojącego w rogu masywnego, staromodnego zegara, wykonanego z mahoniu. Wskazówki przyozdobione wymyślnymi wyżłobieniami przedstawiającymi rośliny bliżej nieokreślonych gatunków mieniły się złotawymi odbłyskami. Jednak w tym momencie ___ nie miała najmniejszej chęci na podziwianie kunsztownie wykonanych przedmiotów, którymi niewielka przestrzeń pomieszczenia była zastawiona – a trzeba przyznać, że takie wyposażenie wprawiłoby każdą osobę interesującą się starociami w niemałe osłupienie.

niedziela, 18 października 2015

I don't want you to suffer when I'm gone

Hejka :)
Zacznę od tego, że bardzo, bardzo, bardzo (...) przepraszam Was za tak długą nieobecność na tym blogu. W ciągu tych trzech tygodni przekonałam się, że szkoła to zło. Jednak powracam do Was ze zdwojoną siłą. Wena jest, pomysłów ogrom, motywacja jakaś tam jest xD Czasu też powinnam mieć już więcej :) Początki są najgorsze.
No więc teraz druga sprawa: Ten one shot był totalnie nieplanowany. Serio. Nie mam bladego pojęcia dlaczego akurat wpadło mi to do głowy, ale tak mniej więcej w południe wyobraziłam sobie taką historię i musiałam to napisać na już. Planowo to powinnam była dzisiaj skończyć pisać pierwszy rozdział scenariusza z Baekhyunem, a zamiast tego po tak długiej nieobecności wracam do Was z opowiadaniem z Luhanem (który zapewne będzie tak krótki, że nawet nie da się go nazwać opowiadaniem). Natomiast tytuł jest bardzo długi: "I don't want you to suffer when I'm gone"/"Nie chcę, żebyś cierpiał gdy odejdę". A więc...
( Jeju, jak dawno tego nie pisałam)
Miłego czytania :)  

"Nie chcę, żebyś cierpiał gdy odejdę"

Podałem ci kolejną łyżeczkę okropnie wyglądającego lekarstwa, które uprzednio zrobiłem wsypując białawy proszek do gorącej wody i mieszając. Musiałem przyznać, że żadne lekarstwo, które kiedykolwiek miałem w ustach nie pachniało aż tak chemicznie. Widząc jednak jak piłaś je bez żadnej negatywnej reakcji, w dodatku z leciutkim uśmiechem na twarzy spróbowałem jak smakuje. I musiałem przyznać, że o ile zapach był tak okropny, że zatkany nos był koniecznością to smak był jeszcze gorszy. Zwykle przygotowywałem je zaledwie dwie minuty, jednak od tego dnia gdy poczułem smak nierozpuszczonego proszku, który sprawiał, ze dostałem odruchu wymiotnego poświęcałem trzy razy więcej czasu na dokładne wymieszanie.
Łyżka prawie dotykała twoich ust kiedy zatrzymałem rękę. Miałem odwieczny problem z tym, ze drżały mi dłonie, a nie chciałbym poparzyć twoich warg. Przysunęłaś usta i połknęłaś zawartość łyżki bez najmniejszego wzdrygnięcia się, po czym nie podnosząc na mnie wzroku uśmiechnęłaś się pod nosem. Zanurzyłem łyżkę w odpychającym płynie i kolejny raz przysunąłem ją prawie przytykając do twoich ust. Jednak gdy chciałaś wypić zawartość odsunąłem lekarstwo jak najdalej od ciebie. Przy okazji kilka kropel skapnęło mi na spodnie. Nie przejmowałem się tym zbytnio.
- Co się stało? - zapytałaś z nutką zaskoczenia w głosie i podniosłaś na mnie wzrok. Uśmiechnęłaś się do mnie zachęcająco otwierając przy tym usta. Nie mogłem żyć z tym, że codziennie trułem cię tyloma chemikaliami. To okropne patrzeć jak musiałaś cierpieć przez chorobę.
Podziwiałem cię. Byłaś tak cholernie silna. Wiedziałaś, że jesteś nieuleczalnie chora...
Że wkrótce odejdziesz...
Mimo to ciągle się uśmiechałaś. Czy to twoja forma pokazania chorobie, że nie ma nad tobą władzy? Że i tak pozostaniesz dawną sobą? Nigdy nie widziałem, żebyś płakała na myśl lub wzmiankę o swojej śmierci. Wiedziałaś, że nic już ci nie pomoże. Mimo to lekarze przepisywali ci każde lekarstwo, które mogło pomóc. Mieli nadzieję, więc ja także ją miałem. W dodatku stan twojego zdrowia się nie pogarszał. Wierzyłem. Całym sercem wierzyłem, że wyzdrowiejesz.
Musiałaś wyzdrowieć.
- Nic, kochanie. - odpowiedziałem cmokając cię w nos i podając ci ostatnią łyżeczkę z lekarstwem. Gdy przełknęłaś ją pogładziłaś mój policzek swoją wychudzoną do granic możliwości dłonią.
Na początku choroby nawet nie wiedziałaś, że ją masz. Jednak kilka miesięcy temu przestałaś normalnie jeść. Przy każdym posiłku widziałem, że zmuszałaś się do tego jedynie gdy widziałaś, że patrzyłem na ciebie wzrokiem jakbym miał się zaraz rozpłakać. Wówczas brałaś kilka kęsów i uśmiechałaś się do mnie promieniście mówiąc, że gotowałem ci przepyszne posiłki. "Przepyszne posiłki"? Takich nie jadałaś od zmiany trybu swojej choroby z "umiarkowanej" na "śmiertelną". Przez to sam mało jadłem. Nie mógłbym sobie wybaczyć rozkoszowania się pysznymi daniami podczas gdy ty musiałaś jeść tak ohydne posiłki rezygnując ze swoich ulubionych potraw. Skutkiem tego byłaś okropnie wychudzona z powodu choroby, a ja z powodu anoreksji, w którą nie dawno wpadłem. Czasami w duchu zadawałem sobie pytanie. Dlaczego to właśnie ja? Dlaczego nie mogłem pokochać zdrowej osoby? Nie. Musiałem przyznać, że szczerze to nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Pytanie, które wciąż krążyło po mojej głowie brzmiało inaczej. Dlaczego to ciebie spotkał tak okrutny los? Czemu nie przejmowałaś się tym mówiąc, że jesteś skazana na śmierć? Wtedy łzy napływały mi do oczu i musiałem wyjść się przewietrzyć. Zawsze robiłem to z obawą, że gdy wrócę będziesz martwa.
Tak trudno jest być zawsze silnym...
Przyłożyłem palce do twojej dłoni, nadal delikatnie muskającej mój policzek, czując samą skórę i kości. Pochyliłem się składając delikatny pocałunek na twoich wargach. Odpowiedziałaś mi tym samym jednak nie tak ochoczo jak kiedyś. Wiedziałem dlaczego. Chodziło o to, żebym nie cierpiał gdybyś odeszła, prawda? Naprawdę sądziłaś, że mógłbym o tobie zapomnieć? Nawet nie wiesz jak bardzo się myliłaś. Gdy oderwaliśmy się od siebie przytuliłem twoje kruche ciało w swoich wychudzonych, ale mimo to silnych ramionach i schowałem twarz w twoich jedwabiście miękkich włosach. Dlaczego nie mogliśmy cofnąć czasu? Wrócić do tych wszystkich chwil, które spędzaliśmy razem przed twoją chorobą? Czemu świat był tak okrutny? Dlaczego chciał mi cię odebrać?
Chwilę rozkoszowaliśmy się swoją bliskością. Według mnie ta chwila trwała zbyt krótko.
- Kocham cię, Lu. - szepnęłaś całując mnie w policzek po czym podniosłaś się z kanapy. Zawsze zastanawiało mnie to dlaczego pozwalałaś mi podawać sobie tylko to jedno lekarstwo, a drugie piłaś na osobności. Gdy trzymałaś kubek owijając wokół niego swoje zbyt zgrabne palce i czekałaś na moją odpowiedź mój wzrok wędrował od naczynia do twojej twarzy.
- Też cię kocham. - odpowiedziałem posyłając ci buziaka. Uśmiechnęłaś się do mnie odwracając się na pięcie i odchodząc w stronę łazienki. Musiałem sprawdzić dlaczego nigdy nie piłaś tego lekarstwa przy mnie? Zastanawiało mnie czy tylko udawałaś, że je pijesz. Powoli wstałem z kanapy podążając twoim śladem. Drzwi do łazienki były na tyle uchylone, żebym cię widział sam nie będąc zauważonym.
Stałaś przed umywalką wbijając paznokcie w jej krawędź do tego stopnia, że aż zbielały ci knykcie. Podniosłaś dotychczas opuszczoną głowę wpatrując się zawzięcie w odbicie w lustrze zamontowanym zaraz przy szafce wiszącej nad kranem. Zacisnęłaś paznokcie jeszcze mocnej. Dopiero wtedy zauważyłem, że łzy niekontrolowanie spływają po twoich policzkach. Mimo to nie otarłaś ich. Cichy jęk wydobył się z twoich ust. Przypomniałaś sobie jak wyglądałaś dawniej? To prawda, że dawniej byłaś szczupła, a teraz twoja skóra wyglądała jakby przykleiła się do kości. To prawda, że okropnie się zmieniłaś jednak dla mnie nadal byłaś taka jak dawniej. Sądziłaś, że kocham cię tylko ze względu na wygląd? Myliłaś się. Kocham cię za to, że jesteś. Dla mnie zawsze będziesz piękna.
- Nienawidzę cię. - szepnęłaś w stronę swojego odbicia w lustrze. - Musisz zginąć.
Odkręciłaś kurek z ciepłą wodą i umyłaś dłonie podnosząc je na wysokość umywalki. Z niedowierzaniem patrzyłem na liczne rany na nich.
Dlaczego?
Jak mogłaś je przede mną ukrywać? Zastanawiało mnie w jaki sposób tak liczne rany znalazły się na twoich dłoniach. Po chwili znałem już odpowiedź. Na moich oczach wbiłaś paznokcie po zewnętrznej stronie dłoni i zagryzłaś wargi, z których już po kilku sekundach malutkimi kropelkami spływała krew. Widząc jak się kaleczysz miałem ochotę podbiec do ciebie i zrobić cokolwiek, żebyś przestała. To był mój obowiązek. Ale nie zrobiłem tego. Czemu? Sam nie wiem. Nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Patrzyłem jak zahipnotyzowany w krew, której pozwoliłaś spływać po swojej szyi. Przeniosłaś cały ciężar ciała na swoją lewą dłoń opierając się o umywalkę i wbiłaś paznokcie jeszcze głębiej. Przymknąłem oczy nie mogąc dłużej na to patrzeć. Dlaczego nie podbiegłem do ciebie? Czemu nie krzyknąłem, żebyś przerwała? Mimo tego, że te pytania wymagały dłuższego zastanowienia po chwili zrozumiałem, że to był twój sposób na radzenie sobie z cierpieniem. Słyszałem o wielu osobach, które tną się próbując sprawić, że ból psychiczny zniknie zastąpiony bólem fizycznym. Jedynym czego nigdy bym się po tobie nie spodziewał było to, że do nich dołączysz. Po chwili zmniejszyłaś siłę nacisku paznokci na skórę i przestałaś zagryzać wargę. Ponownie odkręciłaś kurek i przemyłaś rany na dłoni ciepłą wodą. Cicho syknęłaś gdy rany zalał strumień cieczy.
- Kolejny dzień. - szepnęłaś tak cicho, że musiałem naprawdę się wysilić, żeby usłyszeć słowa, które wypowiedziałaś. Nie byłem pewien czy akurat to powiedziałaś. Po chwili sięgnęłaś dłonią w stronę tylnej kieszeni jeansów, które kiedyś były na ciebie idealne, a teraz o wiele za duże. Nawet z zaledwie odległości niecałych dwóch metrów nie mogłem dostrzec co z niej wyjęłaś. Jednak gdy światło lampy odbiło się od gładkiej, srebrnej powierzchni zrozumiałem, że to żyletka. Zawsze ją przy sobie miałaś? Wyjęłaś ostrze z cienkiego, papierowego opakowania i nad wyraz delikatnie chwyciłaś ją trzema palcami. Podwinęłaś rękaw tak, aby odkrywał lewe przedramię i przybliżyłaś żyletkę do głównych żył. Patrzyłem na to z niedowierzaniem nie mogąc się poruszyć. Wydawało mi się, że przede mną stoi całkowicie obca osoba, której żywot w ogóle mnie nie obchodzi. Ale obchodził mnie! Odetchnąłem z ulgą gdy zauważyłem, że nie cięłaś skóry. Kilka centymetrów w powietrzu nad nadgarstkiem znaczyłaś tor, który musiałaby przebyć żyletka, aby odebrać ci życie. Po chwili wyjęłaś z kieszeni coś jeszcze. Uchyliłem drzwi odrobinę bardziej, żeby przekonać się co to. Bałem się. Tak okropnie się bałem, a jednak nie mogłem się ruszyć. Czułem się jakby sparaliżował mnie strach. Po chwili dostrzegłem, że w dłoniach trzymasz zdjęcie, na którym byliśmy oboje. Zrobiliśmy je naprawdę dawno temu. Nie sądziłem, że jeszcze o nim pamiętałaś. Położyłaś fotografię na szafce stojącej tuż obok umywalki i przyłożyłaś do niej żyletkę tnąc ją jeden jedyny raz. Podniosłaś zdjęcie na wysokość oczu. Dostrzegłem, że moja postać nie była pocięta jednak w poprzek twojej od pasa aż w okolice serca biegły cieniutkie, poziome linie. Z odległości w jakiej staliśmy dostrzegłem ich około pięćdziesiąt. Wkrótce zrozumiałem o co chodzi. "Kolejny dzień"? Każdego dnia gdy cierpiałaś rysowałaś jedną linię na swoim zdjęciu zamiast na nadgarstku? Cierpiałaś ponad pięćdziesiąt dni? Łzy napłynęły mi do oczu kiedy podniosłaś kubek z kolejnym lekarstwem przytykając go do ust. Z bólem serca patrzyłem jak grymas obrzydzenia wykrzywia twoją twarz. Z całej siły zacisnąłem palce na framudze drzwi nie przejmując się tym, że zostawiam rysy w niedawno pomalowanej powierzchni. Gdy lekarstwo było wypite pojedyncza łza spadła na mój wizerunek na naszym wspólnym zdjęciu. Wyciągnęłaś prawą dłoń, którą ciągle trzymałaś żyletkę i chciałaś otrzeć ją jednak zawahałaś się. Najpierw odłożyłaś narzędzie, żeby przypadkiem nie zarysować mojej postaci i dopiero wtedy ją wytarłaś. Miałem ochotę krzyknąć, żebyś się nie przejmowała.
Po tym co przed chwilą zobaczyłem z czystym sercem mogłaś zrobić co najmniej dwadzieścia nacięć na moim zdjęciu.

Nigdy nie sądziłem, że istnieje coś co może trwać wiecznie. Wszystko przemija wraz z czasem. Jednak...
Nasza miłość miała być wieczna.

W pierwszej chwili kiedy cię ujrzałem wydawałaś mi się po prostu rozkapryszoną beksą, która nie dostała tego na czym jej zależało. Przyznam, że widząc jak płaczesz miałem nieprzemożoną chęć wyśmiać cię albo rzucić w twoją stronę jakiś kpiący komentarz. Tak. To prawda. Kiedy byłem mały miałem bardzo wredny charakter. Po chwili przyglądania ci się po prostu usiadłem na huśtawce obok ciebie. Zastanawiałem się dlaczego zaledwie kilkuletnia dziewczynka robi sama na placu zabaw, w dodatku tak strasznie płacząc.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytałem na co pochyliłaś głowę patrząc na swoje buty ubrudzone w piasku i dalej płakałaś. To było naprawdę dziwne. Mimo, że miałem tylko osiem lat nikt mnie nie ignorował. Dlaczego miałbym pozwalać na to jakiejś dziewczynce, której los nie wiedzieć czemu mnie zainteresował? Przyklęknąłem przed tobą nie zważając na piasek i zajrzałem ci w twarz. Podniosłaś na mnie swoje załzawione, wielkie, a mimo to jakże piękne oczy. Ponoć "najpiękniejsze oczy mają ci, którzy najwięcej płaczą." Nie wiem kto to wymyślił, ale nie mylił się.
- Co się stało? - zapytałem patrząc na ciebie z rosnącym zainteresowaniem. Uznałem, że najwidoczniej nie byłaś gotowa odpowiedzieć na to pytanie, więc zadałem inne. - Jak masz na imię?
- ____. - odpowiedziałaś słodkim jak miód, dziecięcym głosikiem, który lekko drżał z powodu płaczu.
- Jestem LuHan, ale możesz na mnie mówić po prostu Lu. - powiedziałem uśmiechając się. Sam nie wiedziałem czemu się tak zachowywałem. Dlaczego zależało mi na tym, żebyś opowiedziała mi o co chodzi? Żebyś przestała płakać?
- Ale my się nie znamy. - pisnęłaś, jak na tak małą dziewczynkę wyjątkowo mądrze i przez chwilę łzy przestały spływać ci z policzków.
- Mama zabroniła ci rozmawiać z nieznajomymi, hmm? - zapytałem domyślnie przyglądając się temu jak powoli się uspokajasz. Nagle wybuchnęłaś jeszcze większym płaczem. Nie mogłem cię uspokoić, a twój szloch przyciągał uwagę coraz większej liczby dorosłych bawiących się tu razem z dziećmi. - Co się stało? - spytałem ponownie unosząc twój podbródek tak abyś patrzyła mi w oczy i wierzchem dłoni otarłem twoje łzy.
- Mama odeszła! - pisnęłaś rzucając mi się w ramiona z taką siłą, że zachwiałem się i nieomal się przewróciłem. Nie wiedziałem co powiedzieć w takiej sytuacji. Pocieszanie cię wydało mi się jakoś dziwnie nie na miejscu, więc po prostu przytuliłem cię pozwalając abyś się wypłakała. 
- Gdzie mieszkasz? - zapytałem gdy trochę się uspokoiłaś i odsunęłaś ode mnie chcąc ponownie wdrapać się na huśtawkę. Wzruszyłaś wątłymi ramionami mówiąc, że nie znasz adresu. Poprosiłem, więc, żebyś mnie tam zaprowadziła. Bałem się, że teraz tata martwi się gdzie się podziewałaś. Ufnie chwyciłaś mnie swoją pulchną rączką za dłoń i poprowadziłaś w kierunku swojego domu. Kilka razy musiałem zatrzymać cię na przejściu na pieszych, żebyś nie wpadła pod samochód. Czułem, że zrobiłem dobrze odprowadzając cię. Inaczej zamartwiałbym się czy dotarłaś tam cała i zdrowa. Wskazałaś mi paluszkiem dom, więc stanęliśmy przed drzwiami i czekaliśmy aż ktoś nam otworzy. Zauważyłem, że łzy nadal spływają po twoich policzkach, więc przykucnąłem i położyłem ci dłonie na ramionach.
- Nie przejmuj się. Obiecuję ci, że od teraz wszystko już będzie dobrze. 
- Naprawdę? - zapytałaś z błyskiem w oczach.
- Naprawdę. - odpowiedziałem i szczerze to nie przypuszczałem, że od tego dnia będę przychodził na plac zabaw codziennie tylko po to, żeby cię zobaczyć.

Odkąd tylko pojawiłaś się w moim życiu zmieniłaś mnie diametralnie. Chciałem, żeby nasza miłość była wieczna. I szczerze wierzyłem w to, że zawsze będziemy razem. No właśnie... Wierzyłem.

Moment, w którym w pełni uświadomiłem sobie, że umrzesz? Że cię stracę? Nie sądziłem, że nadejdzie tak szybko. Jeśli mam być szczery nie sądziłem, że w ogóle nadejdzie. Zapomniałem, że nie jesteśmy nieśmiertelni.
Patrzyłem jak nabierasz trochę podkładu na palec i zatuszowujesz nim rany na dłoniach. Tak bardzo bolało mnie, że robiłaś sobie krzywdę. Jednak jeszcze bardziej bolało to, że nie zaufałaś mi na tyle, żeby mi powiedzieć iż cierpisz. Tak. Wiem, że gdybym to ja był na twoim miejscu też bym tego nie powiedział. Ale mimo wszystko to bolało.
Na palcach oddaliłem się w stronę kanapy i pospiesznie włączyłem telewizor udając, że oglądam jakiś program. Jednak moje myśli krążyły wokół ciebie. Nie wiedziałem czy powiedzieć ci, że widziałem jak bardzo cierpiałaś.
- Dobranoc, Lu. - usłyszałem twój cichy szept przy moim uchu. Wychyliłaś się bardziej zza oparcia kanapy i pocałowałaś mnie w policzek po czym odeszłaś. Cieszyłem się, że światło było w salonie było wyłączone. Dzięki temu nie widziałaś łzy, która samotnie spływała po moim policzku.

Poczekałem mniej więcej pół godziny aby upewnić się, że zasnęłaś i udałem się na nasze miejsce spotkań. Poprawka - na miejscu, w którym spotykaliśmy się gdy byłaś jeszcze zdrowa. Pamiętam jaka byłaś szczęśliwa gdy przyprowadziłem cię tam. Siedzieliśmy wówczas przy ogromnym drzewie, opierając się o jego korę wtuleni w siebie i podziwialiśmy gwieździste niebo. Ponownie musiałem zadać sobie pytanie: Dlaczego nie możemy cofnąć czasu?
Oświetlając sobie drogę latarką podszedłem tuż do kory drzewa w miejscu gdzie w serduszku były wyryte nasze inicjały. Wyjąłem z kieszeni nożyk i zrobiłem poziomą kreskę na pierwszej literze mojego imienia.

Każdego dnia przybywała jedna linia na korze i jedna linia na zdjęciu.
Każdego dnia twój stan zdrowia się pogarszał.
Każdego dnia modliłem się, żebyś wyzdrowiała.
Każdego dnia udawałaś, że wszystko jest w porządku.
Każdego dnia cierpieliśmy.

Prawie miesiąc po tym jak odkryłem twój sposób radzenia sobie z bólem odkryłem coś co zraniło moje serce jeszcze bardziej. Jeśli naprawdę sądziłem, że dotychczas cierpiałem to się myliłem. Od tego dnia ból był wręcz nie do zniesienia. Na półce w twoim pokoju znalazłem siedem zdjęć sztuk tego samego zdjęcia, na których twój wizerunek był pocięty.
Cierpiałaś siedem razy dłużej niż myślałem.

Tej nocy wracałem z naszego miejsca zaraz po tym jak zaznaczyłem kolejną kreskę pod moim inicjałem. Bawiłem się na przemian włączając i wyłączając latarkę. Nagle w oddali usłyszałem piski syreny alarmowej. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia, poczułem nagły skurz w brzuchu i rzuciłem się przed siebie aby jak najszybciej dotrzeć do naszego domu.

Jak wyobrażałem sobie twoją śmierć?
Sterylnie czyste pomieszczenie w rzeczywistości było inne niż myślałem. W filmach zawsze było przedstawione jako miejsce, w którym ludzie cierpią. Jako miejsce gdzie lekarze podchodzą do rodzin chorej osoby, a oni wiedzą, że zaraz usłyszą "Zrobiliśmy co było w naszej mocy." Jednak ja czułem się inaczej. Nie mogłem płakać czując twoje silnie zaciśnięte palce na mojej dłoni. Ignorowałem to, że twoje paznokcie przebiły moją skórę. Widziałem twoje mięśnie, które z całej siły napinałaś, usta, które były leciutko uchylone przez oddech, który się nimi wydobywał. Patrzyłem na twoje przymknięte oczy, na twoją lewą dłoń, która coraz bardziej zaciskała się na pościeli. Biła od ciebie wola walki. Czułem, że byłaś gotowa zrobić wszystko, żeby tylko nie zostawić mnie samego na tym świecie. 
Jednak ta decyzja nie należała do ciebie.
Pojedyncza łza spłynęła po twoim policzku znacząc na nim błyszczący tor. Nachyliłem się w stronę twojego czoła i pocałowałem cię delikatnie w czoło. Palce zacisnęły się jeszcze bardziej na moim nadgarstku powodując tępy ból w moich żyłach. Całą siłą, która jeszcze ci pozostała otworzyłaś oczy. Były pełne łez i straciły wesołe iskierki, które zawsze w nich dostrzegałem. Nawet wtedy gdy wiedziałem, że cierpiałaś tysiąc razy mocniej niż ja.
- Co się stanie gdy odejdę? - zapytałaś drżącym głosem odszukując moje oczy swoimi. Pogrążyłem się w ich hipnotyzującej, nieprzeniknionej czerni.
- Obiecuję ci, że od teraz wszystko już będzie dobrze. - powiedziałem zmuszając się do uśmiechu i przypominając sobie słowa obietnicy, którą złożyłem ci tak dawno temu.
- Naprawdę? - Też pamiętałaś.
- Naprawdę. - To wszystko. Na tym skończyła się nasza rozmowa tego dnia gdy odprowadziłem cię do domu. Bałem się, że teraz też się skończy.
- Kocham cię, Lu. - powiedziałaś, a jeden z twoich palców zakreślił serduszko na wierzchu mojej dłoni.
- Ja ciebie też. - wyszeptałem starając się aby nie załamał mi się głos.
- Lu, pozwolisz mi odejść? - zapytałaś patrząc mi prosto w oczy, żeby w razie potrzeby wyczytać z nich czy kłamałem.
- Pozwolę. - szepnąłem składając na twoich ustach delikatny pocałunek, który na ułamek sekundy pozostał odwzajemniony. Musiałem to powiedzieć. Inaczej walczyłabyś dalej. Nadal byś cierpiała.
- Dziękuję. - powiedziałaś delikatnie się uśmiechając, a nacisk twoich palców na mojej dłoni zelżał. Chciałem nadal czuć tępy ból w nadgarstku. Symbolizował to, że walczyłaś. 
Jednak każda walka musi kiedyś się zakończyć.

Pamiętałem to co kiedyś usłyszałem od matki:
"To co wymarzysz i tak nigdy się nie spełni. Rzeczywistość sama zdecyduje jaka zechce być."
Rzeczywistość jednak była tak okropna, że za żadne skarby świata nie byłem w stanie w nią uwierzyć.

Pobiegłem przed siebie ile miałem sił w nogach jednak uspokoiłem się widząc, że karetka nie zatrzymała się przed naszym domem. Była usytuowana mniej więcej w połowie drogi, którą należało przebyć do naszego miejsca spotkań. Przeszedłem obok ambulansu z zainteresowaniem wyciągając szyję, aby zobaczyć co się stało. Miejsce jednak było ogrodzone taśmą, a wokół rannej osoby klęczeli liczni lekarze, więc świadomy tego, że i tak nic bym nic nie zobaczył ominąłem miejsce wypadku i przeszedłem chodnik po drugiej stronie drogi. Nadal wyłączając i włączając latarkę szedłem powolnym krokiem do domu. Noc była gwieździsta, wiał lekki wietrzyk jednak mimo tego, że byłem ubrany jedynie w cienki sweterek nie było mi zimno. Idealny wieczór. Podobny do tego kiedy pierwszy raz, razem z tobą udaliśmy się na polankę obok drzewa, na którym teraz widniały nasze inicjały.
Nagle poślizgnąłem się na czymś i boleśnie upadłem na kość ogonową. Cicho jęknąłem i włączyłem latarkę dostrzegając średniej wielkości białe perełki porozrzucane dookoła. Przez ułamek sekundy patrzyłem na nie z przerażeniem w oczach i ustami otworzonymi w niemym krzyku. Obróciłem twarz w kierunku karetki i pobiegłem tam najszybciej jak mogłem. Przepchnąłem się między lekarzami i kilkoma policjantami krzyczącymi "Nie może pan tam wejść!" i dosłownie rzuciłem się na ziemię przy martwym ciele mojej ukochanej.
Przy twoim martwym ciele.
Te perły były prezentem, który podarowałem ci na naszą piątą rocznicę. Tak bardzo ci się podobały, że nosiłaś je wszędzie i kilka razy płakałaś gdy dostrzegłaś na jednej z nich choćby niewielką ryskę.
Rozpoznałbym je dosłownie wszędzie.
Plamiłem swoje dłonie twoją krwią przyciskając twoją głowę do swojej klatki piersiowej, szukałem pulsu, choćby najmniejszego znaku, że żyłaś. Widząc twoje szeroko rozwarte źrenice wiedziałem, że zginęłaś szybko.
Czy to lepiej, że umarłaś bez większego bólu? Czy to lepiej, że nie zapytałaś mnie o pozwolenie czy możesz odpuścić walkę?
- Proszę pana! Musi ją pan zostawić! Proszę pana! Słyszy mnie pan!? - wrzeszczał na mnie jeden z policjantów próbując odciągnąć mnie od twojego ciała. Delikatnie zamknąłem palcem twoje powieki zalewając się przy tym łzami po czym złożyłem delikatny pocałunek na twoim zimnym już policzku.
Wyszłaś po to, żeby mnie szukać, prawda? Wiedziałem to.
Uwolniłem cię od bólu.
Pomogłem ci odejść.
Zabiłem cię.

Zacisnąłem mocnej palce na białej perełce. Jedynym co zostało mi po tobie gdy wczoraj odeszłaś. Lewą dłonią koślawą linią przekreśliłem nasze inicjały. Tym razem twój również. Siedziałem opierając głowę o korę drzewa i wpatrując się w nasze wspólne zdjęcie - jedyne niepocięte, które znalazłem w naszym domu. Słońce powoli zaczynało swój monotonny kurs po niebie. Nagle na tle tego zjawiska ujrzałem czyjąś delikatną sylwetkę. Przetarłem oczy i wytężyłem wzrok jednak nie zniknęłaś. Powolnym krokiem szłaś w moją stronę wyciągając do mnie prawą dłoń. Napawając się widokiem zdrowej ciebie podchodziliśmy bliżej siebie. Po kilkunastu sekundach staliśmy naprzeciwko siebie patrząc na siebie z miłością w oczach.
- Chodź ze mną. - szepnęłaś chwytając swoją dłonią mój nadgarstek. Po chwili szliśmy wtuleni w siebie kierując się ku słońcu, które świeciło coraz jaśniej.

***

Starsza kobieta właśnie kończyła wycierać naczynia kiedy usłyszała dźwięk pukania do drzwi. "Ktoś przyszedł mnie odwiedzić?" pomyślała z radością. Tak rzadko była odwiedzana, a tak bardzo lubiła gości.
- Dzień dobry. - przywitała się z uśmiechem otwierając drzwi jednak szczęście szybko zeszło z jej twarzy gdy zobaczyła policjantów stojących w progu jej domu. - W czymś panom pomóc? - zapytała pospiesznie próbując ukryć swoje zmieszanie związane z ich przybyciem.
- Jest pani matką LuHana? - spytał jeden z sierżantów szczędząc sobie powitania. Drugi lekko szturchnął go łokciem sugerując, że powinien być delikatniejszy.
- Tak. A coś się stało? - zapytała kobieta patrząc z rosnącym lękiem w czarne oczy wyższego od niej o kilkanaście centymetrów policjanta.
- Z przykrością stwierdzam, że pani syn nie żyje. - starsza pani czuje ukłucie serca, ale łzy nie wypełniają jej oczu. Gdy dowiedziała się o wypadku ukochanej LuHana wiedziała, że niedługo ten zrobi coś głupiego.
Mimo to nie powstrzymała go.
- Znaleziono to przy jego ciele. - mówi drugi policjant wciskając kobiecie w dłoń okrągły przedmiot średniej wielkości. Matka LuHana podnosi na wysokość oczu perłę.
Czarną perłę.


____________________________
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam, że musieliście tak długo na to czekać.
W sumie to wyszło dużo~ dłuższe niż planowałam. To miał być jeden z tych one shotów, w które nie da się wczuć, bo kończą się zaraz po dobiciu do tysiąca wyrazów. Natomiast moje chore pomysły sprawiły, że liczy sobie 3.645 słów i 9 stron w Wordzie.
Nawet nie wiecie jak piosenki motywują mnie do tworzenia. Kończone przy "ERROR" od VIXX.

Mam nadzieję, że się Wam spodobało :)
Czekam na opinie i komentarze.
Taeyeon ^^

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Just friends?

Hejka :)
Kolejny one shot ^^
Tym razem z Chenem na zamówienie Jessicy czy jak to się odmienia xD
Miłego czytania <3   


"Tylko przyjaciele?"

- Jessie, zejdziesz tu na chwilę? - Usłyszałaś krzyk z dolnego piętra swojego domu.
- Już idę! - odkrzyknęłaś i szybko napisałaś wiadomość do kuzyna, z którym wcześniej pisałaś, w której napisałaś, że spotkacie się za jakieś pół godziny w parku obok twojego domu.
Dzisiaj musiałaś przeprowadzić się do swojego starszego kuzyna, bo choć za kilka miesięcy miałaś mieć już osiemnaście lat, twoi rodzice stwierdzili, że "sama sobie nie poradzisz". Przecież nawet nie wyjeżdżali na długo. Jedynie na dwa miesiące, bo mieli jakiś ważny wyjazd razem z pozostałymi pracownikami firmy.
- Skarbie, tata już zawiózł twoją walizkę do domu twojego kuzyna, ale gdybyś o czymś zapomniała, to będzie lepiej, jeśli weźmiesz ze sobą klucz od naszego domu. Zachowuj się dobrze. Ok? - powiedziała twoja mama ze łzami w oczach. Nie cierpiała pożegnań nawet takich na krótko.
- Dobrze.
- Masz wracać do domu przed dziewiątą w nocy. Zrozumiano? - powiedział twój tata i razem z mamą cię przytulił.
- Oj, tato! - jęknęłaś niezadowolona i odsunęłaś się od rodziców. Ojciec zawsze traktował cię jak dziecko.
- Zrozumiano?  - powtórzył groźnym tonem i pogroził ci palcem.
- Oczywiście - powiedziałaś,  a w myślach dodałaś "że nie". Rodzice pożegnali cię, nie szczędząc ci uścisków i pocałunków, jakbyście mieli zobaczyć się dopiero za rok. Potem pod wasz dom podjechał autobus i odjechali w podróż zawodową. Machałaś im sprzed domu, aż pojazd zniknął za horyzontem. Jeszcze raz sprawdziłaś, czy drzwi są zamknięte i poszłaś do parku, gdzie na moście czekał już Chanyeol. Podbiegłaś do niego i przytuliłaś go z całej siły, a on ochoczo odpowiedział ci tym samym.
Mimo, że mieszkaliście zaledwie kilka przecznic od siebie, widywaliście się bardzo rzadko, od kiedy Chanyeol zadebiutował z zespołem EXO. Teraz mieszkał jeszcze bliżej ciebie, ale był tak zajęty, że waszym jedynym kontaktem były SMSy i rzadkie rozmowy telefoniczne,  które często się urywały z jego strony. Jeszcze nigdy go nie odwiedziłaś, bo teraz żył pod jednym dachem z jedenastką innych, dorosłych chłopaków, z którymi przez dwa miesiące też będziesz mieszkać. Ostatnio widziałaś go pół roku temu, gdy pożegnał się z tobą przed kolejną trasą koncertową.
- Tęskniłem - powiedział Chanyeol, nadal nie rozluźniając uścisku.
- Ja też. Ej, przypakowałeś? Dusisz mnie - wyjąkałaś, próbując mu się wyrwać.
- Nie wiem. Wydaje mi się, że to ty schudłaś. Tak bardzo tęskniłaś, że nie mogłaś nic przełknąć? - roześmiał się i odsunął się.
- Mhym. Dalej to sobie wmawiaj - powiedziałaś groźnym tonem i uderzyłaś go w ramię. Przez chwilę piorunowaliście się wzrokiem, po czym oboje parsknęliście śmiechem. Z Chanyeolem zawsze było zabawnie. Fani nadali mu idealnie pasujące pseudonimy, a mianowicie "Wirus Szczęścia" oraz "Król Reakcji".
- Dobra, idziemy już? Robi się ciemno, a zakładam, że zapoznanie cię z pozostałymi członkami EXO trochę zajmie - powiedział i objął cię ramieniem, prowadząc w odpowiednią stronę. Przy tak wysokim kuzynie musiałaś wyglądać wyjątkowo nisko.
- Chan? - zapytałaś, patrząc na niego z dołu.
- Tak?
- Boję się, że mnie nie polubią - wyznałaś mu to, co męczyło cię już od wielu dni. Chanyeol parsknął śmiechem, na co odsunęłaś się od niego. - I co w tym śmiesznego?
- To, że przez ostatnie dwa tygodnie w dormie jest tylko temat twojego przyjazdu. Wszyscy o tym nawijają. Gdy tylko wejdę gdzieś,  gdzie przebywa obecnie któryś z chłopaków, słyszę tylko "Opowiesz nam o Jessie?" lub "Kiedy przyjeżdża twoja kuzynka? Muszę wiedzieć, kiedy mam się odstawić. " To mega denerwujące - powiedział Chanyeol i przyciągnął cię do siebie tak, żeby znowu obejmować cię ramieniem.
- Ehem. No na... - zaczęłaś,  ale przerwano ci.
- Oh~ Piękna z was para - stwierdziła z westchnieniem jakaś starsza pani, na co znów parsknęliście śmiechem, a ona odwróciła się zaskoczona waszą reakcją.

- Gotowa? - zapytał Chanyeol tuż przed drzwiami domu i spojrzał na ciebie kątem oka.
- Nie - odpowiedziałaś zgodnie z prawdą. Bałaś się, że nie dogadasz się z chłopakami.
- Trudno. - Chanyeol otworzył drzwi i dosłownie wepchnął cię do środka. - Chłopaki, przybył nasz gość specjalny - powiedział Chan, udając spikera telewizyjnego i w ciągu kilku sekund zabrzmiały głośne kroki.
- To była najgorsza imitacja głosu prezentera, jaką kiedykolwiek słyszałem - powiedział chłopak, który właśnie przekroczył próg korytarza i również udając spikera, dodał: - A oto... Baekhyun!
- To było jeszcze bardziej żałośne - stwierdził ktoś chyba nawet wyższy od Chanyeola, na co wszyscy parsknęliście śmiechem łącznie z Baekhyunem. - Cześć, jestem Kris, lider EXO - M - zwrócił się do ciebie i przesunął się, aby zrobić miejsce pozostałym chłopakom. Każdy przedstawiał się tak, jak zwykli robić to w programach rozrywkowych. Oczywiście pod koniec wybuchła kłótnia o to, co zawsze. A mianowicie kto jest w EXO głównym wokalem, bo przedstawili się tak D.O, Chen i Baekhyun. Co najgorsze wplątali ciebie w tę kłótnię.
- Ja jestem głównym wokalem - zarzekał się Baek.
- A kto śpiewa najwięcej partii? Ja. - D.O próbował udowodnić swoją rację, ale Chen mu na to nie pozwolił, dopowiadając, że to właśnie on śpiewa trzy czwarte partii wokalnych. Z tym natomiast nie mógł zgodzić się Baekhyun, który zwrócił się do ciebie.
- Jessie, jesteś naszą fanką? - Nie odpowiedziałaś, bo to było na sto procent pytanie retoryczne. - Więc, powiedz im, że to ja jestem głównym wokalem.
- Nie, bo ja. - D.O przepchnął się do przodu i spojrzał na ciebie błagalnym wzrokiem, ale nim zdążyło zrobić ci się go szkoda, został odepchnięty przez Chena, który bez powodu zaczął śpiewać swoją kwestię w " Wolfie ", na co Baek i D.O dołączyli do niego i zrobił się ogólny hałas. Suho powiedział coś do ucha Krisowi, który zaraz potem przekrzyczał wokalistów i uciszył ich.
- Nie macie się o co kłócić - powiedział i dodał po chwili: - Bo to ja jestem głównym wokalem. - Gdy lider EXO - M dołączył do kłótni, zrobiło się jeszcze głośniej. Suho aż złapał się za głowę i spojrzał na ciebie przepraszającym wzrokiem.
- Tylko teraz nie myśl sobie, że jesteśmy tacy zawsze - powiedział ci do ucha Kai i objął cię ramieniem. - To tylko i wyłącznie twoja wina - stwierdził i uśmiechął się zabójczo.
- Dlaczego? - zapytałaś bardzo ciekawa odpowiedzi.
- Bo jesteś piękna,  więc oni chcą się popisać - powiedział Tao, starając się przekrzyczeć wokalistów, a następnie zrzucił rękę Kaia z twojego barku i sam cię objął.
- Ehehe! Hola! - krzyknął Chanyeol swoim donośnym głosem, aż "główni wokaliści " przestali się na chwilę kłócić i obejrzeli się na was, ale widząc, że to nie było do nich, znów zaczęli się sprzeczać.
- Co? - zapytał Kai.
- Moja kuzynka jest nietykalna! - krzyknął nadopiekuńczy Chan.
- Przecież nie zrobiłem nic złego - zauważył Kai, po czym powiedział. - Nie masz, o co się denerwować - stwierdził,  a potem pocałował cię w policzek. - No, teraz masz - dodał.
- Ej, to nie fair! - krzyknął Tao i razem z Chanyeolem doprowadzonym do szału, dosłownie rzucili się na Kaia. Zrobiło się jeszcze głośniej. Stałaś na środku korytarza i zastanawiałaś się, co masz teraz zrobić i jak przetrwasz dwa miesiące z tymi dzikusami pod jednym dachem. Wtedy poczułaś czyjeś smukłe palce na swoim nadgarstku. Luhan ( bo to on trzymał twoją dłoń ) uroczo się uśmiechnął. Suho pokazał ci, żebyś za nimi poszła, a Lay powiedział :
- Chodź z nami.
Luhan pociągnął cię za dłoń i zaczął lawirować między kłócącymi się członkami zespołu, a ty podążałaś za nim, kurczowo się go trzymając.
Lu wciągnął cię do salonu, gdzie na kanapie przed włączonym telewizorem siedział maknae zespołu.
- Sehun, dlaczego nie przywitałeś się z Jessie? - zapytał od progu pomieszczenia zgorszony Suho.
- Cześć! - zwrócił się do ciebie młodszy, który odwrócił się, słysząc słowa lidera i pomachał ci dłonią.
- Jakie ciekawe powitanie - westchnął zirytowany Luhan.
- To co niby mam powiedzieć? - zdenerwował się Sehun.
- Przedstaw się - podsunął mu spokojny jak zawsze Lay.
- Cześć. Jestem Sehun. Nie, no, nie rozumiem tego. Ona na pewno zna nasze pseudonimy, bo przecież jej kuzyn jest w tym zespole. Więc niby po co mam się przedstawiać? Przywitałem się. Spoko. I tyle wystarczy, a teraz odejdźcie, bo chcę w spokoju pooglądać sobie film.
- Boże, daj mi cierpliwości, żebym wytrwał przy tych dzikusach! - westchnął Suho, wznosząc dłonie ku sufitowi pokoju, a maknae znów wygodnie ułożył się na kanapie. Wtedy rozległ się jakiś huk.
- Suho, pomóż! - krzyknął Xiumin, który od początku kłótni próbował uspokoić chłopaków, na co lider w pośpiechu wybiegł z salonu. Usiadłaś na kanapie obok Sehuna, gotowa przeczekać tę kłótnię.
- A tak właściwie to co tu robiłeś? - zapytał Lu, przysiadając na brzegu kanapy obok najmłodszego członka zespołu.
- Oglądałem film. Od dawna chciałem go obejrzeć, a jako, że jestem tu najmłodszy nie mam prawa do wybierania tego, co oglądamy - poskarżył się żałośnie Sehun, nie odrywając wzroku od telewizora.
- No właśnie. Miałem ci to powiedzieć już przed chwilą. Oddawaj tego pilota! - krzyknął Luhan i przełączył na jakieś telewizyjne show, a Hunnie posłał mu mordercze spojrzenie.
- SPOKÓJ! - Usłyszałaś donośny krzyk Suho. Nie przypuszczałaś, że chłopak kiedykolwiek krzyczy. Zawsze był taki spokojny i wszystkim pomagał. Ale najwidoczniej jego też można było wyprowadzić z równowagi. Rozległy się jakieś narzekania i przez próg salonu przeszedł Chen. Rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym usiadł obok ciebie na kanapie. Potem wszyscy weszli do salonu i zaczęli zajmować miejsca. Między ciebie, a Sehuna wbił się Kai i posłał ci uśmiech. Tao chciał usiąść po twojej drugiej stronie, ale między tobą, a Chenem usiadł Chanyeol i chwilkę potem Baekhyun, na co młodszy wyraźnie posmutniał i przysiadł na rogu kanapy obok swoim hyungów z miną niesłusznie zbitego psiaka. Kai objął cię ramieniem i rozsiadł się chyba trochę zbyt wygodnie, bo przy okazji rozsypał Sehunowi popcorn. Maknae odskoczył w bok, żeby nie dostać w twarz łokciem głównego tancerza w twarz i zepchnął Luhana na podłogę salonu. Zaczęła się kolejna kłótnia i tym razem z pokoju wyciągnął cię twój kuzyn, przepraszając cię za napiętą atmosferę w dormie. Zaprowadził cię do twojej "dwumiesięcznej komnaty", jak to elokwentnie ujął, gdzie na łóżku już czekały twoje walizki gotowe do rozpakowania. Więc gdy tylko Chan opuścił pomieszczenie, żeby pogodzić najmłodszych członków EXO (i Luhana) nie pozostało ci nic innego, jak przełożenie zawartości walizek do szafek. Praca dłużyła ci się w nieskończoność, bo słyszałaś jakieś hałasy i bałaś się, że chłopcy coś sobie mogą zrobić, a nie mogłaś tak po prostu wejść do salonu, bo to by było naruszanie czyjejś prywatności. No, dobra, nie oszukujmy się. Kto normalny chciałby wplątywać się w czyjąś kłótnię?
Gdy w końcu skończyłaś rozpakowywanie się, rzuciłaś się na czyjeś łóżko i nie miałaś zamiaru wstawać stamtąd, ale ktoś musiał zapukać do drzwi.
- Tak? - zapytałaś dość głośno, żeby osoba po drugiej stronie drzwi cię usłyszała i szybko podniosłaś się z łóżka i udałaś, że poprawiasz kilka książek na półce, które przywiozłaś ze sobą, aby się nie nudzić.
- Mogę wejść?
- Mhm - mruknęłaś i przestawiłaś książki alfabetycznie. Drzwi otworzyły się i w progu stanął Chen.
- Jak skończysz się rozpakowywać, to przyjdź do salonu. Okey? - zapytał chłopak, obrzucając cię podejrzliwym spojrzeniem, na co zaprzestałaś marnej gry aktorskiej.
- Tak serio, to już skończyłam, ale jakby wszedł Chanyeol, to znowu byłoby "Jak zwykle się lenisz, a ja tu ciężko pracuję.", więc wiesz... - wyznałaś, znów rzucając się na pościel, na co Chen roześmiał się.
- Serio? Chan - powiedział, dając nacisk na to słowo. - twierdzi, że ciężko pracuje? No, może nad piosenkami tak, ale jak przychodzi do sprzątania, to zawsze jest "Chłopaki, musimy to posprzątać!" i już go nie ma. - Chen tak się śmiał, że aż musiał usiąść na krześle.
- Ummm? Serio? - zapytałaś z diabelskim uśmiechem na twarzy. - No, to dziękuję ci za kolejny szantaż na niego.
- Urocza jesteś. - Chen z wyraźnym trudem uspokoił się trochę i zbliżył się do drzwi. -  To jak już skończyłaś, to chodź.
- Mhym - jęknęłaś i przeszłaś przez próg, wcześniej wygładzając pościel. Przekroczyłaś próg salonu i stanęłaś jak wryta, zaskoczona tym, że po pierwsze nikt się nie kłócił, a po drugie nikogo tam nie było.
- Chen...? - rzuciłaś w przestrzeń. Przecież przed chwilą widziałaś jak chłopak, znikał w tych samych drzwiach, w których teraz stałaś.
- Czemu tam tak stoisz? Chodź do nas. - Dobiegł skądś głos Baeka, a ty zorientowałaś się, że po lewej stronie są drugie drzwi. Do kuchni czy jadalni, czy coś w ten deseń. Weszłaś do pomieszczenia, a tam przy nakrytym już stole siedzieli wszyscy chłopcy. Zajęłaś wolne miejsce między Chanyeolem a Baekiem, na co Kai (przy którym również było wolne miejsce) westchnął oburzony i chciał przesiąść się z Xiuminem, żeby siedzieć bliżej ciebie, ale Chan posłał mu mordercze spojrzenie, więc wyraźnie unieszczęśliwiony chłopak pozostał na swoim krześle i wbił w pusty talerz przed sobą smutne spojrzenie.
- Tak wcześnie jecie kolację? - zapytałaś zaskoczona siedzącego obok ciebie kuzyna.
- Nie - zaprzeczył Chanyeol, głupio szczerząc zęby.
- Ale dzisiaj balujemy do rana, więc trzeba się najeść - dodał Baekhyun i również zaczął suszyć zęby.
- Balujecie do rana? - zapytałaś jeszcze bardziej zaskoczona. Nie powinni przygotowywać się właśnie do jakiegoś koncertu albo coś?
- No, bo mamy tygodniowe wolne - wyjaśnił ci Kris, który wcześniej poganiał Chena, żeby szybciej nakładał kolację na talerze.
- A to "balujemy do rana", oznacza "oglądamy horrory, dopóki Tao i Suho nie zaczną płakać" - wyjaśnił Xiumin i wyszczerzył zęby do "pandy", która właśnie obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem.
- Ja nie... - zaczął tłumaczyć się Zitao, ale przerwał, bo mimo wszystko wszyscy wiedzieli, że się rozpłacze. On sam też.
- Panie mają pierwszeństwo - stwierdził Chen, gdy Baekhyun zaczął wstawać, żeby jako pierwszy dostać swoją porcję, na co chłopak westchnął przeciągle i ponownie zajął miejsce przy stole, mrucząc coś, że jego życie straciło sens. Chen nałożył ci na talerz coś niezidentyfikowanego, ale za to ładnie pachnącego i zaczął rozdawać chłopakom ich porcje, kończąc na Baeku, który tak żałośnie wpatrywał się w twój talerz, że byłaś skłonna oddać mu swoje jedzenie. Suho spojrzał po wszystkich i powiedział "Smacznego", na co wszyscy (łącznie z tobą) wymamrotali "Dziękuję. Nawzajem." i zabrali się za jedzenie. W sumie to musiałaś przyznać, że owe coś, co ci podano było w miarę dobre. Można by było nawet uznać to za pyszne. Oczywiście skończyłaś ostatnia, a wszyscy przeszli do salonu i wyciągnęli z szafki pod telewizorem dobre z dwadzieścia płyt, i zaczęli przebierać w nich, wybierając te najstraszniejsze. No, normalnie super. W kuchni został tylko Chen, który musiał pozmywać po tych dzikusach, Lay, który zadeklarował mu pomoc i Kai, który czekał za twoim krzesłem. Tao też chciał zostać, ale Xiumin wysłał go po napoje, a jako, że młodszy nie mógł odmówić starszemu, teraz "panda" biegała w te i nazad, bo każdy z chłopaków chciał coś innego do picia. Gdy tylko odłożyłaś widelec na talerz, Lay zabrał ci naczynie sprzed twarzy i posłał ci uśmiech.
- Dziękuję. Było przepyszne - stwierdziłaś, odsuwając krzesło i przy okazji raniąc Kaia w nogę. Chen odwrócił się, wymamrotał coś, czego nie usłyszałaś przez "rannego" osobnika próbującego stłumić krzyk i również posłał ci uśmiech. - Uuumm... Kai.... Przepraszam - wyjąkałaś, widząc chłopaka trzymającego się za łydkę.
- Nic nie szkodzi... Ale na przyszłość patrz, czy ktoś za tobą nie stoi - rzekł i posłał ci uśmiech, a wtedy zauważyłaś, że oczy zaszły mu łzami.
- Na przyszłość nie stawaj za mną - zripostowałaś i uroczo się uśmiechnęłaś.
- Ugh - warknął Kai i podniósł cię jak pannę młodą (?).
- Emm... Co ty robisz? - zapytałaś, próbując uwolnić się i stanąć na posadzce o własnych siłach.
- Teraz będziesz cierpieć - powiedział i zaśmiał się jak ci złoczyńcy z filmów (Chodzi o to "Muahahahaha".)
- Puszczaj mnie, głupku! - krzyknęłaś, na co, oczywiście, nie zareagował i zaniósł cię do salonu.
- Kai! - krzyknął ostrzegawczo Suho, ale Chanyeol właśnie się odwrócił i zobaczył cię w ramionach tancerza.
- Co ty do cholery wyprawiasz!? - wrzasnął Chan i ruszył w stronę młodszego od siebie chłopaka, na co Xiumin i Sehun chwycili go za ramiona, nie pozwalając mu rzucić się na Kaia.
- No co? - zapytał chłopak, który pozwolił ci stanąć na podłodze, ale nie wypuszczał cię z objęć.
- Zabierz, te brudne łapy od mojej kuzynki, bo ci przypierdolę, tak, że cię własna matka nie pozna - wykrzyczał Chanyeol i zaczął szarpać się z Xiuminem, który był na szczęście od niego silniejszy. Wtedy do salonu wpadli Chen, Lay i Tao, którzy byli akurat w kuchni i stanęli jak wryci w progu.
- Bo co? - zapytał Kai prowokująco, nadal cię przytulając, mimo, że ze wszystkich sił starałaś się go odepchnąć, żeby Chan nie zwariował i nie zabił chłopaka.
- Ugh! - warknął twój kuzyn i zaczął na głos liczyć od dziesięciu w dół, stwierdzając, że jeśli tancerz nie puści cię w ciągu tych dziesięciu sekund, to go zabije i zakopie gdzieś w ogrodzie. Gdy powiedział "pięć", a Kai nadal cię nie puścił, Baekhyun doskoczył do was i zaczął wydzierać się na młodszego od siebie, żeby lepiej cię puścił, bo inaczej nie ręczy za siebie i za Chanyeola. Gdy twój kuzyn był przy "trzy", Chen doskoczył do was, a Tao ruszył mu z pomocą, ale główny tancerz EXO-K i tak cię nie wypuścił.
- Jeden - odliczał dalej "Wirus Szczęścia", którego teraz można by było nazwać "Wirusem Złości", a Kai nachylił się i pocałował cię w usta, na co Chanyeol, Tao, Baek i Chen skoczyli na niego, a Lu znowu odciągnął cię do innego pomieszczenia. A ty pobiegłaś za nim z twarzą czerwoną jak burak.
- Eemmm... Wszystko w porządku? - zapytał "jelonek", nieudolnie próbując przekrzyczeć przekleństwa rzucane przez chłopaków w stronę Kaia i na odwrót.
- U mnie tak... - wyjąkałaś. - Chyba.
Luhan podniósł dłoń i wskazał twoją twarz.
- Chyba nie, bo jesteś cała czerwona.
- Boże, znowu? - wyjęczałaś i ukryłaś twarz w dłoniach.
- Nie przejmuj się. Wyglądasz uroczo - stwierdził "jelonek" i odsłonił twoją twarz.
- Emmm? - zapytałaś i cofnęłaś się o krok, natrafiając plecami na krawędź kuchennego blatu.
- Powiedziałem, że wyglądasz uroczo - niepotrzebnie powtórzył i oparł się dłonią o mebel za tobą, zmniejszając odległość między waszymi twarzami do kilku centymetrów. Cofnęłaś się jeszcze bardziej, co było bez sensu, bo w końcu nie potrafiłabyś przeniknąć blatu, choćbyś nie wiem, jak chciała. A nie chciałaś, bo Lu i Chen byli twoim zdaniem idealni. "Jelonek" jeszcze bardziej się przybliżył, ale w momencie gdy wasze usta dzieliły już tylko milimetry, do kuchni wtargnął Sehun, który na sekundę stanął jak wryty, a gdy wasze wargi niemal się spotkały, odciągnął opornego Luhana od ciebie i zaprowadził cię do jakiegoś pokoju. Pewnie swojego i kogoś jeszcze.
- Co ty najlepszego wyprawiasz? - krzyknął Sehun, żebyś usłyszała go między odgłosami nadal toczącej się w salonie kłótni.
- Ja...
- Słuchaj! Nie obchodzi mnie, że oni się do ciebie dowalają. Ale wiedz, że jeśli będziesz im na to pozwalać to dalej niż do jednej, wielkiej kłótni nie dojdziemy.
- Łatwo mówić. Trudniej zrobić - prychnęłaś pod nosem.
- No, wiem, że jesteśmy przystojni i utalentowani, ale... - zaczął Sehun, ale nie dokończył, bo dostał napadu śmiechu. Po jakiejś minucie uspokoił się, ale spojrzał na ciebie i znów zaczął się śmiać.
- Co jest? - zapytałaś speszona tym, że roześmiał się, gdy na ciebie spojrzał.
- Dwóch w jednym dniu? Kurde, jesteś lepsza niż ja - powiedział, a ty ledwie zrozumiałaś jego słowa między śmiechem. Gdy tylko zorientowałaś się, co ma na myśli, popchnęłaś go, a on upadł na łóżko, nadal się śmiejąc i pociągnął cię za sobą, próbując utrzymać równowagę, więc runęłaś na niego jak długa. Nagle drzwi do pokoju maknae otworzyły się i w progu ukazał się Chanyeol, zastając was w dość jednoznacznej pozie.
- Sehun! - krzyknął Chan, ale szybko wstałaś czerwona jak burak i pociągnęłaś kuzyna za sobą, aby nie wybuchła kolejna kłótnia, a Sehun pozostał na łóżku, śmiejąc się do rozpuku.
W połowie drogi do twojego tymczasowego pokoju Chanyeol wyrwał ci się i zatrzymał cię.
- Słuchaj, nie obchodzi mnie jak, ale masz coś z tym zrobić! - powiedział groźnie i spojrzał na ciebie z góry. Co było dość łatwe, bo był dobre piętnaście centymetrów wyższy.
- Bo to niby moja wina!? - oburzyłaś się.
- Tak. Bo oni przez te dwa miesiące będą wariować z dziewczyną pod jednym dachem i masz nie dawać im ku temu powodów! - skarcił cię jak małe dziecko, na co zmarszczyłaś brwi. - Nie rób tak, bo będziesz miała zmarszczki - stwierdził, po czym pacnął cię palcem w nos. - Idź już spać.
- Ale jest dopiero ósma! - ponownie się oburzyłaś.
- To rób cokolwiek, ale nie wychodź z pokoju - warknął Chanyeol i roześmiał się na widok twojej miny. - Potem do ciebie zajrzę. Teraz idę jakoś uspokoić atmosferę.
- Ale nie będziecie się już kłócić przeze mnie? - zapytałaś i pokazałaś mu smutną minkę.
- Za grosz aegyo - stwierdził, na co ponownie się oburzyłaś i dodał. - Nie. Nie będziemy się już kłócić. Ale przez ten tydzień...
- Tak?
- Nie prowokuj ich za bardzo. - Roześmiał się, a ty uderzyłaś go w ramię i też parsknęłaś śmiechem. I na razie było dobrze.

- Mogę wejść? - usłyszałaś czyjś głos za drzwiami kilka minut po tym, gdy na dobre wkręciłaś się w książkę. Nie chciało ci się włączać światła, więc siedziałaś przy otwartym oknie na parapecie i korzystałaś z tego, że zaraz przy oknie było biurko a na nim lampka.
- Mhym - westchnęłaś, wiedząc, że nie zdążysz doczytać rozdziału.
- Cześć. Chciałem... - zaczął ktoś, ale pokazałaś mu otwartą dłoń na znak, żeby zaczekał i miałaś zamiar doczytać rozdział do końca. Po kilku minutach usłyszałaś, że "ktoś" wychodzi z twojego tymczasowego pokoju, trzaskając drzwiami. Rzuciłaś książkę gdzieś za siebie i pobiegłaś za tym ktosiem, którym okazał się być Kai. Przeprosiłaś go i zaprowadziłaś do pokoju, gdzie usiadłaś na parapecie, oczekując, aż w końcu się odezwie.
- Chciałem cię przeprosić... - zaczął chłopak.
- Nic nie szkodzi. Ale nie rób tego więcej. W porządku? - przerwałaś mu w połowie zdania.
- Pozwól mi dokończyć. Chciałem cię przeprosić. Przepraszam. Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Po prostu kilka dni temu rzuciła mnie dziewczyna i nie mogę się pozbierać. Ciągle zadaję sobie pytanie "Czy jestem aż taki zły?" i chciałem dostać odpowiedź... Wiem. To najgorsze wytłumaczenie, jakie kiedykolwiek usłyszałaś, ale ja...
- W porządku. I nie. Nie jesteś wcale zły, a ta dziewczyna musiała być ślepa, skoro cię rzuciła, ale to nie znaczy, że możesz doprowadzać Chana do szału, bo on naprawdę się o mnie troszczy, a ja nie chcę, żeby przeze mnie wybuchały kłótnie... Ale więcej tego nie rób. Okey?
- Mhm - mruknął smętnie, a potem się rozpromienił. - Czyli wybaczasz mi?
- Jasne. - Pokiwałaś głową, a on przytulił cię i wyszedł z pokoju.
Podniosłaś z podłogi książkę i odszukałaś stronę, na której wcześniej skończyłaś czytać. Po czym zgasiłaś światło i ponownie usiadłaś na parapecie, bo był bardzo wygodny.
- Mogę wejść? - Znowu?
- Tak - ponownie westchnęłaś i zamknęłaś książkę, zaznaczając stronę palcem.
- Cześć. Mogę zabrać słuchawki? Bo ten pokój należał do mnie, a zapomniałem je zabrać i...
- Okey. Są na biurku. Przepraszam, że je przełożyłam, ale przeszkadzały mi na ziemi - stwierdziłaś, a widząc niezadowoloną minę Luhana, parsknęłaś śmiechem i podałaś mu słuchawki. Korzystając z okazji, chwycił cię za dłoń i przeprosił.
- W porządku. Ale nie życzę sobie więcej takich sytuacji - powiedziałaś groźnie, na co on jeszcze raz cię przeprosił. - Dobra. Wybaczam ci. Idź już - rzekłaś, pokazując mu drzwi.
- Wiesz, że to mój pokój? - zapytał i uniósł prawą brew.
- Emm... Wiesz, sam stwierdziłeś, że ten pokój "należał" do ciebie, więc wypad - powiedziałaś, zaznaczając cudzysłów w powietrzu.
- Wiesz, wredna jesteś. Czemu ja cię chciałem pocałować? - zapytał i zdążył zamknąć drzwi, nim dostał poduszką.

- Mogę wejść?
- NIE! - jęknęłaś. Czy kiedykolwiek będziesz w stanie skończyć tę książkę?
Chanyeol wtargnął do pokoju i stanął jak wryty.
- Kochana kuzynko, a wiesz o tym, która jest godzina?
- Która? - zapytałaś, naprawdę nie znając odpowiedzi. Pokazał ci zegarek. Wpół do czwartej. - Emmm... Aha?
- Ja ci dam "aha". Do spania. - Pogroził ci palcem i uśmiechnął się głupio, co popsuło efekt.
- Boże... - westchnęłaś. - Dobra. Idź już, to się przebiorę i idę spać.
- Grzeczna dziewczynka - stwierdził i pogładził cię po głowie jak psa. Odepchnęłaś jego dłoń, na co on udając oburzonego, wyszedł z pokoju.

Następne dni mijały bez jakichś wyjątkowo ciekawych sytuacji, nie licząc kilku kolejnych kłótni chłopaków, tego, że Chen był w stosunku do ciebie zbyt uprzejmy i tego, że Tao i Suho płakali jak dziewczynki przy jakimś horrorze, a potem bali się iść spać.

- Dobra, a teraz kto pozmywa? - zapytał Chen, jak co wieczór, kiedy stos talerzy piętrzył się dosłownie pod sufit, a chłopaki rozsiedli się wygodnie przed telewizorem.
- Ty. - Roześmiał się D.O i zaczął wyjadać popcorn z miski na kolanach Krisa.
- Zrób sobie własny popcorn - obruszył się lider EXO-M, na co oczywiście wszyscy rzucili się jeść przygotowaną przez niego przekąskę, aby się jeszcze bardziej zdenerwował. I oczywiście trzy czwarte popcornu wylądowało na podłodze i nikt nie był chętny tego sprzątać.
- Ja ci pomogę! - wyrwałaś się do kuchni, żeby nie słuchać jak Kris będzie się wydzierać po chłopakach. No i, żeby tobie też się nie oberwało.
- Dziękuję - rozpromienił się Chen i przeszedł do kuchni, gdzie zaczął zmywać naczynia, a ty wycierałaś je ścierką. I wszystko szło dobrze... Do momentu kiedy chłopak nie zagapił się i zamiast podać ci talerz, upuścił go na ziemię u twoich stóp, które momentalnie spłynęły krwią.
- Aua! - krzyknęłaś, a chłopcy zbiegli się do kuchni, przepychając się w drzwiach.
- Jezus Maria, to krew! - krzyknął Suho i przerażony wybiegł z pomieszczenia, a pozostali członkowie doskoczyli do was.
- Sehun, leć po apteczkę! - wrzasnął Baek.
- A co mam skrzydła? - oburzył się maknae, ale pobiegł po apteczkę jak na skrzydłach.
- Jessie, przepraszam - wyjęczał Chen i rzucił ścierkę gdzieś za siebie.

- Hej! Już ci lepiej? - zapytał Chan, przekraczając próg twojego tymczasowego pokoju, gdzie leżałaś na łóżku, jak ci kazał. Mimo, iż denerwowało cię to, że teraz wszyscy nagle się tobą przejmują.
- No! Ile razy mam ci mówić, że wszystko okey?
- Przepraszam... Po prostu się o ciebie martwię... Ej, tylko nie mów o tym swoim rodzicom, bo będę miał przekichane... - powiedział i usiadł na skraju twojego łóżka.
- Boże, sądzisz, że mówię im o wszystkim? - zapytałaś, unosząc brwi do góry.
- Nie... Chwila, a o czym niby im nie mówisz? - spytał podejrzliwie.
- Dużo rzeczy...
- O chłopakach...? - zapytał domyślnie.
- Nie, no, co ty!? - stwierdziłaś, parskając śmiechem.
- Mi też nie mówisz wszystkiego~ - powiedział smętnym głosem i zwiesił głowę.
- I co? Sądzisz, że teraz ci się tu otworzę? - wybuchnęłaś niekontrolowanym śmiechem.
- Nie... Ej, no, ale serio? Kto ci się podoba? - zapytał, podnosząc na ciebie wzrok.
- Emmm? Zakładacie się o coś z chłopakami? - spytałaś podejrzliwie.
- Co? Nie. - Zaprzeczył głową. - Ale... Serio. Powiedz mi.
- Nie...?
- Ugh. - Udał obrażonego i opuścił twój tymczasowy pokój, jak to zaczęłaś go nazywać.

- Ej, co ty tu robisz? - zapytał zaskoczony Chen, gdy pojawiłaś się w drzwiach do salonu.
- Chen, co ty tu robisz? - powtórzyłaś po nim, zdziwiona jego obecnością. Chłopcy już dawno zaczęli chodzić na próby do SM, więc byłaś zaskoczona jego obecnością.
- Przecież ktoś musiał tu zostać, gdybyś czegoś potrzebowała. A ja zgłosiłem się na ochotnika...
- Aha? - zapytałaś i usiadłaś na kanapie obok niego. - Co miałeś oglądać..?
- No, oglądałem horror, ale, no.. Ten... On jest straszny, więc...
- Jak chyba każdy horror? - Spojrzałaś na niego kątem oka.
- Okey. Ale jakby coś to ostrzegałem...
- Ehem.

- Jezus Maria, wyłącz to! - krzyknęłaś, chowając twarz w koszuli Chena.
- Ostrzegałem. - Roześmiał się i przytulił cię z całej siły.
- Ale to... Boże... - Rozpłakałaś się jak mała dziewczynka, podczas gdy on wyłączał horror. - Jak ja dzisiaj zasnę?
- Może... ze mną? - zapytał całkiem poważnym głosem, a potem odwrócił się w twoją stronę i zauważył, że patrzysz na niego jak na skończonego idiotę. - No co? Nie żartuję.
- Emm? Nie?
- Ale czemu? - zapytał i usiadł obok ciebie na kanapie. Brak odpowiedzi. - No czemu? - powtórzył i zbliżył twarz do twojej. - Jestem aż taki zły? - zapytał, po czym przysunął się jeszcze kilka centymetrów.
Wtedy do domu wpadła cała zgraja z Kaiem na czele.
- Że co proszę?! - krzyknął Tao.
- Ej, Chanyeol, zapomniałem kupić popcorn na dzisiejszy wieczór. Chodź, ze mną. - Suho, który stał na początku grupy zawrócił i wyprowadził Chana z domu, zanim ten zobaczył scenę na kanapie.
- Spoko? - powiedział zdziwiony Uszatek i powędrowali do sklepu.
- Co wy wyprawiacie? - wrzasnął Baek, gdy tylko chłopcy odeszli na bezpieczną odległość.
- Nic - wyjąkał Chen, a ty zaczerwieniona do granic możliwości poszłaś do swojego tymczasowego pokoju, opierając się na ramieniu Sehuna.
- Czy wy... jesteście razem? - wyjąkał maknae, zamykając drzwi i siadając przy tobie na łóżku.
- Co? Nie... - wymamrotałaś, poprawiając książki na półce,jak to miałaś w zwyczaju, gdy ktoś próbował z tobą rozmawiać. - Ale...
- Ale co? - zapytał Sehun, bawiąc się twoją poduszką.
- Ale wydaje mi się, że Chen czasami chce być kimś więcej... - powiedziałaś, a wtedy drzwi do twojego tymczasowego pokoju się otworzyły i wpadł główny wokalista EXO-M.
- Mylisz się - stwierdził, w ułamku sekundy pokonał dzielącą was odległość i połączył wasze usta.
- Co? Przecież mówiłeś, że się mylę - stwierdziłaś, gdy się od siebie oderwaliście.
- No, właśnie. Mylisz się. ZAWSZE chcę być kimś więcej - powiedział i znowu cię pocałował.
- Ja nie mogę! Jaki dramat! - powiedział Sehun, który wyglądał, jakby właśnie oglądał jakiś film w kinie. Brakowało mu tylko popcornu.
- No, nie? - zapytał Chanyeol, stojąc w otwartych drzwiach, a wyglądająca zza niego reszta zespołu zaczęła klaskać. Chan i Hunnie dołączyli się do nich.
I znów wszystko było okey. Chyba.

___________________

Jak długo to pisałam... Boże... 
Słucham sobie B.A.P "One Shot"...
Siostra nagrywa głupie snapy i ciągle do mnie "No. No powiedz coś", a ja wyskakuję z jakimiś głupimi tekstami i jej koleżanki się leją.
Moje życie jest takie crazy xD
Za tydzień do szkoły...
Nie chcem!

Zastanawiałam się, który scenariusz (one shot) jest dłuższy.
Ten czy "Bal" i dowiedziałam się, że:
"Tylko przyjaciele?" ma 5 039 słów. WOW. I ja się zastanawiałam dlaczego tak długo to pisałam? W Wordzie miał 14 stron czcionką Times New Roman o wielkości 13,5.
"Bal" ma tylko 2 567 słów i 6 stron tą samą czcionką... xD
"Teledysk" ma 1 902 słowa i 6 stron...
"Dostawca" ma 1 302 słów i 5 stron...
A "Dlaczego?" ma tylko 871 słów i 3 strony... 
Każde kolejne opowiadanie ma więcej słów... Interesujące.
Ale na więcej niż 5 tysi nie ma co liczyć xD


Mam nadzieję, że się spodobało Wam i zamawiającej ^^
Czekam na opinie i komentarze <3
Taeyeon <3