Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOT7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GOT7. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2016

Remember who the real enemy #3

Hejka :)
Wiem, że trzeci rozdział wyszedł trochę przykrótki, ale mogę Wam obiecać, że w kolejnym wszystko się rozkręci i pojawi się już bohater zamówienia - Junior z GOT7. 
Miłego czytania :)  

"Pamiętaj, że nie możesz zawrócić"


zamówienie dla Hug Monster | Park Jinyoung | GOT7 | 1746 słów

A droga wiedzie w przód i przód
Choć się zaczęła tuż za progiem -
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią - tak, jak mogę.
Skorymi stopy za nią w ślad -
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł...
A potem dokąd? - rzec nie mogę
J.R.R.Tolkien, "Władca Pierścieni", tom I 

22 grudnia.
Pałac prezydencki.

Cisza panująca dotychczas w pałacu została brutalnie rozdarta przez przeraźliwy krzyk jakiegoś zdrajcy wydobywający się z podziemnego więzienia dla jeńców. Czas jakby zatrzymał się w miejscu, a strażnicy stojący na warcie przed własną wersją lochów należącą do Kim Dzong Una, jak jeden mąż przystawili dłonie bliżej strzelb, tak na wszelki wypadek, gdyby więzień odważył się spróbować uciec.
Tymczasem służący przemykający przez pałacowy hol przez chwilkę zamarli w miejscu, zerkając na siebie z przerażeniem w oczach, jednak już w następnej sekundzie wrócili do wyznaczonych zajęć, ignorując krzyki bólu. Takie hałasy to była dla nich codzienność, a kiedy zdali sobie sprawę z tego, że każdego dnia w męczarniach ginie tam co najmniej kilku obywateli Korei Południowej, służba  zaczęła nazywać go między sobą Pałacem Krwi.

22 grudnia. Prawie południe.
Podziemne więzienie.

Prezydent samodzielnie pofatygował się do swojego podziemnego więzienia, aby własnoręcznie móc zemścić się na swoim dawnym doradcy. Stwierdził, że musi zadać mu ból samemu, bez żadnych pośredników, żeby sprawić, aby Jung zrozumiał, jakie były konsekwencje pogrywania sobie z prezydentem Korei Północnej.
Przestąpił próg pomieszczenia, które mogło mieć co najwyżej z pięć-sześć metrów kwadratowych powierzchni, a jedynym, co zdołano tu wcisnąć była jedna wielka nicość. Ulubionym sposobem torturowania jeńców i zdrajców przed Kim Dzong Una było doprowadzanie ich do szaleństwa poprzez stałe odosobnienie. Z tego właśnie powodu cela była niczym niezapełniona, jednak mimo, że został zraniony przez Hyunshika, nie mógł się zdecydować, czy lepsze będzie torturowanie mężczyzny fizycznie, czy psychicznie, dlatego postanowił połączyć obie te dziedziny.
Wzrok prezydenta w końcu natrafił na dość żałosny obraz swojego dawnego sprzymierzeńca - przypięty do łańcuchów umocowanych w specjalnych stalowych obręczach w ścianie, w ten sposób, że z każdym, nawet najmniejszym ruchem metal ranił i przecierał jego skórę na nadgarstkach. Twarz mężczyzny była pokiereszowana i zakrwawiona z powodu tortur, które uprzednio stosowali na nim dowódcy Armii Północy, chcąc wydobyć z Junga wszystkie potrzebne informacje, a szczególnie to, dla kogo pracował, ponieważ wydawało się im niemożliwe, że Prawa Ręka byłby w stanie narażać swoje życie dla pomszczenia rodziny. W Korei Północnej ukształtowanej przez rządy tyrana takiego jak Kim Dzong Un, nie sposób było mówić o miłości - jeżeli w ogóle ona istniała.
Jednak pomimo okropnego stanu, w jakim znajduje się mężczyzna, prezydent dostrzega w oczach byłego doradcy niesamowity bunt. Sam Jung nie miał pojęcia, czym jest on spowodowany, ale otrzymując dziewiąte z rzędu uderzenie biczem, które rozdarło skórę na jego plecach, stwierdził, że nie mógłby się poddać. Wydawało mu się, że jednak jego zemsta nie była na tyle genialna i od samego początku chyba ją przeceniał. Coś mogło pójść nie tak podczas lotu helikopterem lub Lee mogła odkryć wrogie zamiary pilota i wtedy uciec na jakimś postoju, a wtedy jego dwa najcenniejsze skarby nie zostałyby pomszczone. Musiał przeżyć, ale tylko do momentu kiedy będzie pewien, że dziewiętnastolatka zniknęła z tego świata.
Pomimo ran, które Kim Dzong Un własnoręcznie mu zadał, doradca nadal miał wrażenie, że to jednak on wygrywa tę ich nadzwyczajną walkę na zemsty. Och, prezydent miał ogromną ochotę pokazać mu, jak ten cholernie się mylił.
Jedno, wyraźnie zaakcentowane spojrzenie w stronę strażników wystarczyło, żeby ci zrozumieli jego rozkaz bez słów. Roślejszy z mężczyzn podszedł do metalowych łańcuchów, przypinając kolejne do Hyunshika, jednak tym razem przymocował je do kostek mężczyzny, aby ten nie mógł się poruszyć, przez co utknął w pozycji siedzącej. Następnie wbił metalowy kołek nad oraz po bokach głowy Junga, żeby ten musiał patrzeć prosto w dół, gdyż nie miał możliwości odwrócenia twarzy w inną stronę.
Jego towarzysz podczas warty udał się natomiast po specjalny nóż z okrutnie zakrzywioną klingą, która podczas zadawania ran sprawiała dwa razy więcej bólu, będąc nasączoną niedawno wymyśloną substancją żrącą.
Już po chwili Kim Dzong Un złapał za rękojeść i zrobił z niej użytek, jak najwolniej tylko potrafił, odcinając palce mężczyźnie jeden po drugim. Jung napiął wszystkie mięśnie i przegryzł wargę do krwi, a na oczy ledwie widział, oszołomiony bólem do takiego stopnia, że wszystko wokół zdawało się tracić ostrość. Jednak mimo potwornych katuszy, nie mógł pozwolić sobie na krzyk, który sprawiłby satysfakcję Kimowi. Krew przelana miała być karą nadaną z powodu zdrady państwa i samego prezydenta, jednak nie wydawała się ona wyrokiem samym w sobie. Posoka wydawała się Hyunshikowi bardziej symbolem triumfu.
Świadczyła o tym, jak bardzo władca cierpi z powodu utraty jedynego dziecka. Że boli go to niemal tak samo, jak cierpiał Jung po zamachu bombowym, odnajdując zwłoki swojej córeczki i żony, które miały przed sobą jeszcze tyle lat.
Prezydent w dalszym ciągu nie widząc skruchy w oczach Prawej Ręki decyduje się na dużo bardziej okrutne okaleczenie mężczyzny. Hyunshik najwidoczniej przewidując, z jakim zamiarem Kim kieruje się w jego stronę, nie może powstrzymać samoistnie zaciskających się powiek. Widok ten powoduje wręcz sadystyczną radość w ojcu Yuki - nareszcie były doradca zrozumiał, że swojego byłego szefa należy się bać.
Jung pospiesznie przywołuje w myślach obraz twarzy swojej córeczki, kiedy pierwszy raz ją ujrzał, a następnie swojej ukochanej, kiedy powiedziała "Tak", gdy się jej oświadczył - To ostatnie co pragnął zapamiętać.
Następnie w celi rozległ się okropny krzyk, kiedy nieludzki ból zwyciężył nad silną wolą zdrajcy. Nie był w stanie siedzieć bez jakiegokolwiek pisku, kiedy prezydent odcinał mu powieki, aby następnie nakazać swoim ludziom zszyć dłonie mężczyzny miedzianą nicią i zostawić go samotnie w pomieszczeniu. Kim planował następnego dnia wpuścić do pokoju gaz pieprzowy.

23 grudnia. 5:48 nad ranem.
Helikopter.

Pojazd właśnie przelatywał granicę Korei Południowej, a Lee przystawiła nos do szyby, obserwując zamieszki i strzelaninę, która wywiązała się pomiędzy oficerami Armii Koreańskiej i Armii Północy. Po dosłownie paru sekundach helikopter minął miejsce, jednak nim widok zasłoniło dziewiętnastolatce drzewo, zdołała ujrzeć, jak jeden z mężczyzn padł bezwładnie na ziemię, powalony strzałem drugiego. Mogła tylko się modlić, żeby zginął dowódca wrogiego oddziału.
Podróż zajęła naprawdę długi szmat czat z powodu, że pilot nie mógł przelecieć przez granicę obu Korei w helikopterze z północnokoreańską flagą bez zostania zestrzelonym. Musieli przedłużyć lot i zatrzymać się w Chinach, gdzie ich sprzymierzeńcy pomogli zdobyć pojazd latający ze swoim godłem, aby wrogowie Korei Południowej mogli bez większych problemów dostać się do tego państwa.
Od dobrych kilku godzin Lee Yuki tylko czekała na stosowną okazję, aby móc zabić mężczyznę pilotującego pojazd.
Jedynym, czego nauczyło się wprost od ojca, było to, żeby bacznie obserwować każdego z ludzi, którym chce się zaufać. Z tego powodu Yuki kątem oka dostrzegała, że pilot zerkał na nią z niepokojem, kiedy myślał, że ta była odwrócona w drugą stronę. Zorientowała się również, że napięte do granic możliwości mięśnie mężczyzny wcale nie były spowodowane tym, że urządzenia w maszynie działały topornie - Chiny zadbały, aby otrzymali najlepszy helikopter, jaki mieli akurat na stanie.
A czego najbardziej obawiali się ludzie? Z jakiegoś powodu były to okrutne czyny. Wyczuła, że pilot miał za zadanie ją zabić, więc nie mogła tak po prostu na to pozwolić. Nawet jeżeli mogła się mylić, jeden człowiek na świecie mniej nie zrobi przecież żadnej różnicy. Nie mogłaby nazywać się córką prezydenta Korei Północnej, gdyby zlitowała się nad mężczyzną i dopuściła do zrobienia sobie samej krzywdy.
Z tego powodu podczas podróży wypytała pilota o wszystkie szczegóły swojej misji, która co jak co, ale zaplanowana była bardzo dokładnie i miała nadzieję, że informacje nie zostały wymyślone na poczekaniu przez mężczyznę - wtedy miałaby, za przeproszeniem, przejebane. Sama we wrogim kraju, bez prowiantu, broni, sprzymierzeńców, ciepłych ubrań. Nie miałaby najmniejszych szans na przeżycie.
Kiedy dowiedziała się już wszystkiego, co uznała za niezbędne do dowiedzenia się tuż przed granicą Korei Południowej poprosiła o postój, aby móc skorzystać z toalety. Pilot chętnie się zgodził, ponieważ niemal zasypiał w pojeździe, więc stwierdził, że przyda mu się wielki kubek gorącej kawy na rozbudzenie. Wylądował na parkingu z tyłu budynku i nie powodując najmniejszego zdumienia w Chinach, wyszedł z helikoptera, po czym wszedł na stację, aby zakupić sobie ciepły napój. W tym czasie Yuki udała, że pędzi ile sił w nogach w kierunku toalet, które znajdowały się w osobnym budynku, a tak naprawdę szybko wróciła się stamtąd, przeszukując wnętrze pojazdu. W końcu znalazła tam coś przydatnego, a mianowicie pistolet, więc ukryła go w kieszeni spodni, która była zakryta przez zbyt dużą kurtkę znalezioną przez pilota po starcie.
Kiedy przelecieli przez granicę Korei Południowej mężczyzna stwierdził, że muszą wylądować w lesie, aby dalej przejść bez większego zdumienia obywateli do umówionego miejsca. Nakazał Yuki iść pierwszej, ochoczo proponując, że będzie ją osłaniał w razie spotkania wrogów. Dziewczyna przeczuwając postęp, zacisnęła mocniej palce na broni w kieszeni i zrobiła kilka kroków w przód, już wkrótce zostając powaloną na ziemię przez mężczyznę ważącego z pewnością ponad osiemdziesiąt kilo.
- Wiesz, trochę szkoda mi cię zabijać - rzucił pilot z udawanym smutkiem w głosie, przyciskając kolana dziewczyny do ziemi i wyciągając nóż zza pazuchy. - No, cóż. Dobranoc, skarbie - rzekł z kpiną, nakierowując broń ku twarzy dziewiętnastolatki, jednak wcześniej nie wpadł na pomysł unieruchomienia jej dłoni i teraz będzie musiał za to sowicie zapłacić.
Podczas gdy pilot był zbyt zajęty rozcinaniem łuku brwiowego dziewczyny, ta niepostrzeżenie wyciągnęła z kieszeni pistolet. Mężczyzna jednak wpadł w jakąś dziwną sadystyczną fascynację i zaczął czerpać coraz większą satysfakcję z okaleczania dziewiętnastolatki, kierując nóż w stronę jej skroni. Wystarczyłoby jeszcze przeciągnąć broń o kilka centymetrów i dziewczyna zostałaby zamordowana. Jednak wtedy rozległ się wystrzał pistoletu.
- Dobranoc, skarbie - szepnęła Yuki, mentalnie bijąc sobie brawo za opanowanie, po czym zepchnęła z siebie martwe ciało mężczyzny i podniosła się z ziemi, otrzepując spodnie ze śniegu. Pochyliła się nad pilotem i z jego munduru zerwała naszywkę z flagą Północy. Chciała mieć ją przy sobie jako amulet, będący symbolem, że nie dziewczyna nie musiała być skazana na porażkę. I nigdy nie będzie.
Skierowała wzrok w stronę drzew przed sobą i nagle przeszedł ją dreszcz z powodu zbyt cienkiego ubioru, który w takich warunkach mógł spowodować jej śmierć. Wróciła do helikoptera, ubierając pod kurtkę znaleziony tam sweter, jednak mimo, że korciło ją zabranie ze sobą broni, nie mogła sobie na to pozwolić. Miała być ofiarą w oczach Południowców, a nie ich zastraszać, mordować lub atakować. Jeszcze nie teraz.
Była pewna, że dotrze do celu, ponieważ z pewnością musiało się jej to udać. Niepewnie zrobiła krok w stronę ledwie widocznej przez śnieg ścieżki, która prowadziła poprzez las. Włosy dziewczyny powoli zaczęły moknąć z powodu roztapiających się płatków śniegu.
Lee odwróciła się, dostrzegając, że pierzyna ze śniegu powoli zaczęła przykrywać zwłoki pilota. Rano zaginie po nim wszelki ślad. Ponownie zwróciła się w stronę ścieżki, a mrok powoli zaczął zapadać.
Nie miała pojęcia, czy zdoła dotrzeć do Siedziby, nim noc zapanuje nad dniem lub nim zdąży zamarznąć. Mimo to musiała iść dalej, ponieważ nie mogła już zawrócić.

Mam nadzieję, że się spodobało
Bardzo mile widziane byłyby komentarze :)
Taeyeon

wtorek, 26 lipca 2016

Remember who the real enemy #2

Hejka :)
Czy tylko ja jestem dumna ze swojej frekwencji na blogu? Pewnie tak xD
Dziękuję Rim za jej wyobrażenie człowieka zamordowanego przez bombę, bo szczerze to ja sobie nie potrafiłam tego wyobrazić ;)
O dziwo, nie mam nic innego do dodania.
Miłego czytania :)  
 

"Pamiętaj, że nie możesz nikomu ufać"


zamówienie dla Hug Monster | Park Jinyoung | GOT7 | 2775 słowa

Kiedy krajem rządzi zgraja bandytów,
ludzie zachowują się jak bestie.

     Lee Yuki. Dziewiętnastoletnia dziewczyna, niby taka sama jak wszystkie inne w Korei Północnej, a jednak inna. Nikt w ojczyźnie Yuki nie miał pojęcia, że taka osoba w ogóle istnieje. Mieszkający w pałacu prezydenckim lub ludzie odwiedzający go, ci przyjeżdżający zza granicy w sprawach międzykrajowych, służące wypełniające swoje obowiązki w budynku, kucharze, którzy musieli dostosowywać potrawy do upodobań dziewiętnastolatki - żadne z nich nie rozumiało, dlaczego bezwzględny Kim Dzong Un przetrzymuje dziewczynę w swojej siedzibie i pozwala jej na robienie czegokolwiek, czego by sobie nie wymarzyła, szkoli ją w różnych dziedzinach walk (oczywiście, nie własnoręcznie) oraz dba o bardzo wysoki poziom jej wykształcenia. Jedno jedyne ograniczenie, jakie obowiązywało w stosunku do Yuki, było niby banalne - ma nie opuszczać pałacu prezydenckiego.
     Według Prawej Ręki żyła ona niczym królewna z bajki, która nie musi poznawać zbyt pospolitego dla niej świata poza murami budowli. Jednak w rzeczywistości dziewczyna chciała wrócić do tych czasów, kiedy to ojciec trzymał ją za jedną rączkę, a druga była objęta szczupłymi palcami jej matki.
     Był to ostatni raz, kiedy wyszła na zewnątrz. Prawie czternaście lat temu, więc wspomnienia Yuki mogły się trochę zniekształcić lub zostać wyidealizowanymi przez samą dziewczynę, ale miała nadzieję, że jako pięcioletnie dziecko ten wypad z rodzicami był dla niej równie wspaniały. Teraz wspominała go jako scenkę niczym ze snu. 
     Pod wieczornym niebem, trawa skrzyła się srebrzystym blaskiem, a kwiaty mieniły się tak soczystymi barwami, że niemal świeciły w ciemności. Gwiazdy rozświetlały wąziutką ścieżkę wydeptaną przez rodziców, którzy chodzili ze swoimi pociechami na spacery regularnie. Tamte rzeczy są jeszcze możliwe do wyobrażenia sobie, ale Yuki wydawało się, że pamiętała uśmiechy rozświetlające twarze matki i ojca. Wydawało się jej to tak nieprawdopodobne, że w końcu zrozumiała, iż to było tylko jej marzenie lub sen, ale nie przeszkadzało jej to zbyt szczególnie. Jeżeli posiadała wyobraźnię na tyle rozwiniętą, że była w stanie domyśleć się, jak wyglądałyby uśmiechnięte twarze rodziców - mogła bujać w obłokach i już nie wracać do okrutnej rzeczywistości.
     Prawda była jednak taka, że jej rodziców już dawno nie było. Znaczy, oczywiście, żyli i nawet być może mieli się dobrze... Kiedy jej ojciec został prezydentem Korei Północnej, mama nie wytrzymała psychicznie jego wszystkich intryg, cichych zabójstw wśród swoich najbliższych tuszowanych pośpiesznie przez różnorakie choroby, które im niby dokuczały. Nie była w stanie znieść ciągłych rozmów o wojnie, a kiedy jej mąż stał się nikim innym niż barbarzyńcą, który nie robił sobie niczego z publicznych egzekucji, tortur oraz doprowadzenia do szaleństwa zdrajców - postanowiła dołączyć do ich licznego grona. Opuściła Koreę Północną, znajdując schronienie na południu, gdzie przyjęto ją z entuzjazmem, jako swego rodzaju trofeum wskazującego obywatelom, że nie wszyscy na północy są źli i żądni krwi oraz władzy.
      Lee Yuki. Dziewiętnastoletnia dziewczyna, bez której Kim Dzong Un nie potrafił przeżyć. Widział w niej żywy portret osoby, o której powinien był zapomnieć już czternaście lat temu. Jednak nie potrafił wyrzucić z serca jej postaci, kiedy pierwszy raz ją zobaczył, przytulił, pocałował, aż w końcu poślubił, wiedząc, że na całym świecie nie istnieje żadna inna kobieta, która potrafiłaby zawładnąć jego uczuciami w ten sposób, w jaki robiła to Lee Jinkyong. Wydawało mu się, że idealnie odzwierciedla znaczenie swojego imienia - ornament. Była tą, która stojąc u jego boku, potrafiłaby podtrzymać całe państwo w jednej, wielkiej wspólnocie, sprawić, że wszyscy zapragnęliby walczyć za swoją ojczyznę. Odeszła.
     Zdradziła, a on codziennie przypominał sobie o niej, widząc ją w ich córce. Yuki była bardzo wysoka jak na dziewczynę zamieszkującą te części Azji. Mierzyła metr siedemdziesiąt jeden wzrostu i przy tym była niezwykle szczupła. To ostatnie mogłoby przemawiać na jej niekorzyść podczas wojny, jednak szkolona od najmłodszych lat do posługiwania się bronią i walki wręcz, stała się silna na tyle, na ile było jej to potrzebne. Odziedziczyła po swojej matce gęste, jasnobrązowe włosy, które samoistnie się falowały, ładnie podkreślając delikatne rysy dziewczyny. W oczach córki Kim Dzong Un również potrafił odnaleźć swoją ukochaną - miały ten sam kształt migdałów i lśniły identycznym blaskiem jak te Jinkyong. Proste brwi, idealny nos - wszystko zdawałoby się, że dostała w spadku po matce. Jedynym, co odziedziczyła po ojcu były niewielkie, pełne usta oraz zacięty charakter, który jeszcze nie raz będzie jej przydatny.
       
Zima. 
21 grudnia. Rok 2021 - noc w dniu narady.
Stolica Korei Północnej - Pjongjang
Siedziba prezydenta.

Doradca prezydenta, mimo, że doskonale znał onsekwencje związane ze swoim zamierzonym czynem, nie zważał na nie i zaślepiony żądzą zemsty, brnął znanymi labiryntami korytarzy. Kierował się do rzadko odwiedzanej przez siebie części pałacu prezydenckiego, próbując pozbyć się z głowy wspomnień, które przybywały falami i nie miały zamiaru opuścić głowy Prawej Ręki. 

Przeraźliwy świst z jakim samolot wojskowy przelatuje nad polem, powoduje, że wszyscy pracujący w oddali na polach, podnoszą głowy, z zaciekawieniem przyglądając się pojazdowi. Jung Hyunshik również na chwilę spogląda w kierunku źródła dźwięku, które kieruje się powoli w stronę siedziby dowódcy Armii Koreańskiej stojącej w samym środku miasteczka. Myśli, że to pewnie kolejne szkolenia wojskowe, które stają się coraz częstsze z powodu zamieszek na granicy obu Korei. Mężczyzna wraca więc do uprzątania liści w ogródku nieopodal domu na obrzeżach miasteczka, należący do jego schorowanej matki, która nie jest w stanie zrobić tego sama. 
- Nie! Nie nasi! - Podchwytuje krzyk jednego z rolników, który odkąd tylko widzi samolot wojskowy, stoi z zadartą ku niebu głową, marszcząc brwi. Odwraca się w jego kierunku, zastanawiając się, czy ma jakieś zwidy słuchowe, czy jednak słyszy dobrze. Mężczyźni stojący obok rolnika spoglądają na niego pytającym wzrokiem.
- Nie nasi! To nie nasi! To północ! NIE NASI! - krzyczy najgłośniej, jak tylko potrafi, rzucając trzymane wcześniej w dłoniach grabie. Wszyscy dookoła robią to samo, rzucając się biegiem w kierunku granic miasta. 
Jedynie Jung Hyunshik stoi w miejscu, jakby świat się zatrzymał w miejscu, a czas przestał płynąć.
Oczy szklą mu się łzami, kiedy z niedowierzaniem kręci głową na boki, jakby sam nie chciał wierzyć, że to prawda. Odwraca się jak gdyby w spowolnionym tempie, kierując wzrok ku niebu. Patrząc na połyskujący na srebrno bombowiec. Na prostokąt z niebieskimi pasami u góry i dołu, wąskimi białymi paskami oraz czerwonym środkiem z czerwoną gwiazdą w białym kole. Jest on ledwie dostrzegalny, o polu nie większym niż pięćdziesiąt centymetrów kwadratowych. W momencie spuszczenia dwóch bomb, kiedy dookoła szaleją płomienie, jarzy się wrogim blaskiem.
Hyunshik rzuca się biegiem w kierunku miasta, widząc, jak samochody zatrzymują się na ulicach, jak wybiegają z nich obywatele Korei Południowej bez zbędnych, spowalniających krzyków. Niemal tratują młodego mężczyznę biegnącego w sam środek piekła. Fala uderzeniowa, która z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę nadchodzi od miejsca wybuchu, powala Junga na sam środek ulicy, ale on nie może się zatrzymać. Pomimo odłamków szkła, gruzu oraz tynków odrywających się od budynków i opadających na niego, brnie naprzód tak szybko, jak tylko jest w stanie. Musi dotrzeć do swojego mieszkania. Musi uratować córeczkę i żonę. One musiały przetrwać. Na pewno żyją.
Po jakichś piętnastu minutach walki z szalejącymi dookoła płomieniami i dymem, dociera przed drzwi swojego mieszkania. Czuje się, jakby był oddzielony od świata szklaną kopułą, przez którą dźwięki są przygłuszone. 
Słyszy krzyki - a niby ich nie słyszy. 
Gdzieś w oddali rozbrzmiewają syreny karetek, straży pożarnej oraz policji - a jakby nie rozbrzmiewały.
Stoi bez ruchu, patrząc z niedowierzaniem na drzwi wiszące smętnie na jednym zawiasie. Spogląda na wybite szyby. Widzi zrujnowane mury budynku, odpadającą od dachu blachę, porozrzucane dookoła odłamki szkła.
Widzi - a jakby nie widział.
Wchodzi do środka, ale nie zastaje tam niczego, oprócz doszczętnie zrujnowanego mieszkania, szczątków mebli. Przechodzi przez wyrwane z zawiasów drzwi do pokoju córki, ale w środku nie ma dziewczyny, nie ma nawet jej ciała. Sprawdza również sypialnię swoją i żony - tam również nie zastaje niczego niepokojącego. 
Uciekły.
Wybiega z domu, rozglądając się dookoła. Biegnie za mieszkanie, przechodzi pośpiesznym krokiem przez ogród. Wypada na ulicę za domem. Wczuwa się w rolę osoby, która dostrzega bombowiec. Biegnie w kierunku zaułka, który jest skrótem, który zapewniłby świetne schronienie i tam odnajduje swoją żonę i córeczkę.
Niemal poćwiartowane przez bombę. Prawa ręka dziewczynki leży oderwana kilkanaście centymetrów od jej martwego ciała. Hyunshik z przerażeniem wpatruje się w strzępy ścięgien i zmiażdżone kości. Jedno z oczu jego ukochanej niemal wypadło z oczodołów. Mężczyzna cofa się, z niedowierzaniem kręcąc głową, kiedy dostrzega nogę kobiety ledwie trzymającą się na złamanej kości i kilku ścięgnach. Obie na twarzy są poparzone w taki sposób, że gdyby nie rozpoznał ich ubrań, nie miałby pojęcia, że patrzy na dwie najważniejsze kobiety w swoim życiu. Wszystko dookoła jest zalane krwią, a na zmasakrowanych zwłokach szybko osiada pył i odłamki szkła spadające z ruin budynku obok.
Mężczyzna nie zważając na krew, przyklęka i patrzy to na twarz córeczki, to na twarz żony. 
Puste spojrzenie otwartych w przerażeniu oczu ma zostać z nim na zawsze, nękając go na każdym możliwym kroku.
Zawiódł.

Zaskoczona Yuki, wyprowadzona z pokoju, była półprzytomna po śnie i nie ogarniała rzeczywistości. Przetarła oczy, klepiąc się w policzek, aby wyostrzyć wzrok i nagle dostrzegła, że wcale nie jest prowadzona przez służącą, jak początkowo myślała, tylko przez rosłego mężczyznę - najbardziej zaufanego doradcę Kim Dzong Una. Zmierzwiła włosy, starając się je przygładzić, ponieważ po śnie były nieźle rozczochrane, jednak jedynym, co się jej udało, było doprowadzenie ich do jeszcze większego nieładu. 
Kiedy została poprowadzona na parter, widząc, że Hyunshik kieruje się do drzwi wejściowych pałacu prezydenckiego, zaczęła stawiać opór. Ojciec definitywnie zabronił jej opuszczać swojej siedziby, więc nie miała prawa złamać teraz zakazu przez Prawą Rękę. Tylko Kim Dzong Un miał prawo zwolnić ją ze swojego nakazu. Jej zachowanie najwidoczniej zdenerwowało jeszcze bardziej Junga, którego krew zalewała ze złości na wszystkich mieszkańców Korei Północnej, teraz, kiedy przypomniał sobie wydarzenia sprzed lat. Wyszarpnął rękę z uścisku dziewczyny i odwrócił się do niej, patrząc z nienawiścią wprost w jej oczy.
- Musisz dołączyć do szeregów wroga - rzucił, starając się ukryć emocje, jednak Yuki i tak zorientowała się, że mężczyzna jest na nią naprawdę zdenerwowany. Zaczęła się zastanawiać, co takiego mogło się stać, jednak słysząc słowa Hyunshika, poczuła się, jakby właśnie ktoś ją spoliczkował.
- Czekaj, co?! - krzyknęła, łapiąc za rękaw mężczyznę, który już zdążył się od niej odwrócić i skierować w stronę helikoptera właśnie lądującego na placu przed pałacem prezydenckim.
- Wytłumaczą ci wszystko podczas lotu. To nowa strategia twojego ojca - zakończył dyskusję, podchodząc do pojazdu i otworzył przed Yuki drzwi, wskazując, żeby weszła do środka.
- Mogę jeszcze zobaczyć ojca przed wyjazdem? - zapytała Lee, opierając dłoń na metalu, jednak odpowiedzią było gwałtowne pokręcenie głową i lekki błysk niepokoju  w oczach Prawej Ręki.
- Nie - stwierdził natychmiastowo, popychając dziewczynę, aby weszła do helikoptera, co też zrobiła z lekkim wahaniem.
- Czemu? - zapytała, nie rozumiejąc, dlaczego nie może spotkać się z ojcem i to w dodatku przed misją, z której może nie wrócić. Nie miała również pojęcia, czemu Kim Dzong Un nakazał wysłać właśnie ją do Korei Południowej, a nie żadnego ze swoich rosłych żołnierzy. Co mogła zdziałać ona, czego nie mógłby którykolwiek z ludzi ojca? I dlaczego nagle chce ryzykować życie swojej jedynej córki? Miała mu tyle pytań do zadania, jednak wszystkie straciły swój sens, po usłyszeniu kolejnych  zdań Junga.
- Musisz polecieć z nami do Korei Południowej. Ich wszystkie wojska są w naszym kraju. Zbliżają się do pałacu.
- Nie ma mowy! Nigdzie się stąd nie ruszam! Nie mogę go zostawić - zaprotestowała natychmiastowo, chcąc wstać z siedzenia, jednak została na nie z powrotem brutalnie popchnięta. Jeszcze nikt nigdy nie pozwolił sobie na takie zachowanie względem niej. Dało jej to do zrozumienia, że pozycja Korei Północnej naprawdę miała się źle i z jakiegoś powodu wróg potrafił to dobrze wykorzystać.
- Nie musisz - rzucił Hyunshik, marszcząc lekko brwi, aby lepiej wejść w swoją rolę.
- Jak to? - Dziewczyna spojrzała na niego z nic nierozumiejącą miną, na co odwrócił lekko głowę w bok, jakby właśnie usłyszał coś niepokojącego.
- Twój ojciec nie żyje - warknął, zatrzaskując drzwi od helikoptera, który zaledwie kilkanaście sekund po tym wystartował, wznosząc w powietrze pilota i Yuki, która przykładając dłonie do szyby, z przerażeniem patrzyła na zmniejszający się coraz bardziej pałac prezydencki.

Dokładnie pół godziny po odlocie helikoptera.
Pałac prezydencki.

Prezydent Korei Północnej został zbudzony przez alarm, który w pałacu wszczęła jedna ze służących Yuki. Przeszedł wolnym krokiem przez korytarz, zawiązując dokładniej szlafrok, który szybko przywdział, zostając wybudzonemu ze snu około drugiej nad ranem. Nie miał pojęcia, z jakiego powodu zaalarmowano go, że musiał szybko pojawić się w komnacie swojej córki. Już obmyślał, w jaki sposób powinien ukarać kobietę, przez którą musiał opuścić swoje wygodne łoże i ponownie wrócić do rzeczywistości.
Widząc, że przed pomieszczeniem należącym do Yuki zebrał się niemały tłum złożony ze służących i pomocników kuchennych, puścił się naprzód biegiem, chcąc już się dowiedzieć, co wywołało niepokój wśród jego poddanych.
- Gdzie jest Yuki? - zagrzmiał, wchodząc do komnaty, a tam zamiast swojej pięknej córki ujrzał siedzącego na jej łóżku Junga Hyunshika, który śmiał się do rozpuku, roniąc przy tym łzy szczęścia.
- Zgadnij. - Jakoś udało się wykrztusić to mężczyźnie pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu, chociaż ledwie łapał oddech. Mimo, że już po chwili został brutalnie ściągnięty z łóżka i przyparty do ściany, a przy gardle Kim Dzong Un trzymał mu nóż pośpiesznie wyciągnięty zza poły szlafroka. Pierwszy raz w życiu przydała mu się broń, którą brał ze sobą zawsze wtedy, gdy wychodził dokądś bez swoich ochroniarzy.
- Kim jesteś i gdzie podziała się Yuki? - warknął ojciec dziewczyny, patrząc z nienawiścią prosto w oczy mężczyzny, którego przez ten cały czas uważał za swojego przyjaciela - jedyną osobę w północnokoreańskim rządzie, której był w stanie zaufać i powierzać swoje plany na najbliższe miesiące wojny.
- Jung Hyunshik. Powiedziałbym, że miło było cię spotkać, ale mama mnie nauczyła, że nie wypada kłamać - stwierdził bezczelnie mężczyzna, pierwszy raz używając swojego prawdziwego imienia i nazwiska w Korei Północnej. Wcześniej posługiwał się sztucznym dowodem osobistym, który głosił, że jego właścicielem był Choi Dongsun, ale i tak nikt nie zwracał się do niego po imieniu, bo też nie miał kto tego robić.
Kim Dzong Un zmarszczył lekko brwi, zastanawiając się, czy słyszał już kiedykolwiek to nazwisko i imię, ale nie mógł sobie przypomnieć żadnej takiej okazji, więc też nie miał pojęcia, co w tym takiego szczególnego.
- Jestem zdrajcą Korei Północnej. Przybyłem tu z południa, pragnąc zemsty. Prawdopodobnie nawet nie masz pojęcia, kogo zabiłeś w zamachu bombowym kilka lat temu. Oświecę cię - pośród ofiar znalazła się moja żona i córka. Więc teraz zginie Yuki. - Roześmiał się prosto w twarz prezydentowi, mimo tego, że był w stu procentach pewien, że albo zostanie skazany na tortury, albo na egzekucję. Nie robiło to jednak na nim najmniejszego wrażenia - pragnął zemsty i widząc rozpacz w oczach Kim Dzong Una, był pewien, że mu się udało. Teraz mógł zginąć.
Prezydent z całej siły spoliczkował Junga, chcąc chociaż w niewielkim stopniu jakoś wyładować swój gniew, ale kiedy wymierzył kolejny cios, zorientował się, że sprawiał tym satysfakcję dawnemu sprzymierzeńcowi. Pochylił się więc nad mężczyzną i zaciskając z całej siły palce na gardle zdrajcy, wycelował nóż prosto w jego serce.
- Ostatnie słowa? - warknął zaślepiony wściekłością, przybliżając broń jeszcze bliżej klatki piersiowej Hyunshika.
- Jesteś śmieciem - wychrypiał ze śmiechem Jung, w ogóle nie przejmując się tym, że niedługo być może straci życie. - No, dalej. Zabij mnie - wysyczał z nienawiścią w głosie i satysfakcją z bólu prezydenta w oczach. Tym razem jednak roześmiał się Kim Dzong Un, pomimo tego, że serce mu się łamało na myśl o tym, co może spotkać jego ukochaną córkę na wrogim terenie. Schował nóż do kieszonki ukrytej we wnętrzu szlafroka i puścił Junga, odchodząc od niego o kilka kroków.
- Gra dopiero się zaczyna - warknął, pstrykając palcami, na co trójka najsilniejszych ze służących zebranych przed pokojem dziewiętnastolatki natychmiast skierowała się w jego stronę, łapiąc go i unieruchamiając. Następnie wyszli z pomieszczenia tuż za swoim szefem, jednak ruszyli w przeciwnym kierunku niż on, schodząc ku podziemnemu więzieniu, w którym to przetrzymywano jeńców.
Kim Dzong Un odszedł w kierunku swojej komnaty i zamknął za sobą drzwi, siadając na skraju łoża. Tam (pierwszy raz podczas kadencji mężczyzny) rozległ się płacz. Zdrada jednej z dwóch osób, którym ufał zabolała go. Była dowodem na to, że nie może obdarzyć zaufaniem już nikogo, a jedyna osoba, która nigdy by go nie oszukała, została wysłana do państwa wroga. Jedynym sposobem na odzyskanie córki jest wygranie wojny i przejęcie terenów Korei Południowej, a następnie odszukanie dziewiętnastolatki z nadzieją, że dziewczyna jeszcze będzie przy życiu. Mężczyzna wiedział, że musi zaatakować południe, jeżeli Yuki nie skontaktuje się z jego krajem w najbliższym czasie.
Tymczasem uwięziony w podziemiach dla jeńców Jung Hyunshik nadal zanosił się śmiechem. Wiedział, że teraz zostaną podjęte wszelkie kroki, żeby uratować Lee, która zginie nim dotrze do granic Korei Południowej. Taki był jego układ z pilotem. Dziewczyna miała zginąć metodą wybraną przez Prawą Rękę z uwzględnieniem najokrutniejszych szczegółów na kompletnym odludziu, gdzie nie byłoby żadnych zbędnych świadków. 
Zemsta wydawała mu się na tyle dobra, że gotów był ścierpieć absolutnie wszystko. Nawet śmierć z powodu wyszukanych przez Kima torturach.
Jego córka i żona nareszcie miały zostać pomszczone.

Mam nadzieję, że się spodobało
Zapraszam do pisania komentarzy ;)
Taeyeon

wtorek, 27 października 2015

Remember who the real enemy ep.1

Hejka :)
Obiecałam sobie, że muszę napisać coś przez ten weekend i mimo, że pewnie to zostanie dodane dopiero w tygodniu to cóż... Nie wiem, który dzisiaj jest. Chwila... 25 października, czyli Halloween będzie w... sobotę? Dobra. Nie ważne. Wiedzcie tylko tyle, że szykuję "specjał" z tej okazji :) 
Zaczęłam pisać tak mniej więcej pięć opowiadań i nie chce mi się żadnego z nich kończyć także dzisiaj przychodzę z czymś co planowałam dodać dużo~ później. Jednak moje chore pomysły doprowadziły do zabazgrania tak wielu kartek, więc postanowiłam to przepisać. Tak, Hug Monster już widzę jak się cieszysz :)
No więc dzisiaj kolejne zamówienie dla Hug Monster, a mianowicie opowiadanie z Juniorem (GOT7). Tytuł opowiadania jest wymyślony na całkowitym spontanie, więc jakiś super nie jest, ale mi się podoba xD 
Przepraszam za całkowite nie stosowanie się do kolejki. Postaram się to jakoś zmienić i zabrać się za te najwcześniejsze zamówienia, ale cóż na razie mi to nie wychodzi... Wybaczycie mi... Prawda? :)
Postanowiłam też trochę zmienić wygląd "Spisu treści" na jakiś bardziej hmm? przejrzysty? No nie wiem jak to ująć, ale wkrótce coś tam zmienię.
Mam nadzieję, że wytrwacie do końca tego rozdziału, bo mimo, że niektórym może wydać się nudny bez niego nie zrozumiecie kolejnych części, także powodzenia i...
Miłego czytania :)       


"Pamiętaj, kto jest prawdziwym wrogiem"


Początek jesieni. Rok 2021. 
Stolica Korei Północnej - Pjongjang.
Siedziba prezydenta.

Wojna. Kiedy to słowo nagle zostało wypowiedziane przez Kim Dzong Una - prezydenta Korei Północnej, podczas jednego ze spotkań przedstawicieli rządu, wszyscy wpatrywali się w niego w kompletnym osłupieniu. Władca siedział wówczas ze wzrokiem wbitym w jakiś punkt wysoko nad ich głowami, jakby nie interesowało go w najmniejszym stopniu, że tym jednym, dokładnie przemyślanym słowem, zrujnuje życie niczym mu nie winnych mieszkańców Korei Południowej. Jednak tylko kilka najbardziej zaufanych osób znało jego motywy i wiedziało, co kieruje ich przywódcą. Ci siedzieli niczym niezaskoczeni, powoli kiwając głowami z przymkniętymi oczami. Nie wiedzieli, że tylko oni mogli odwołać Kim Dzong Una od swojego pomysłu. Być może, gdyby to oni mu się sprzeciwili, nie zginęłoby tylu ludzi. 
W oczach przywódcy pojawił błysk, który znikł tak szybko po tym, jak się pojawił, że można było uznać go za grę światła. Jednak prezydent cieszył się wówczas jak małe dziecko, mimo, iż na jego twarzy nie pojawił się choćby nikły cień jakichkolwiek emocji. 
Zemsta nadchodziła.

Zima tego samego roku.
To samo miejsce.

Nie wiele osób było skłonnych to przyznać, ale na początku wojna była według większości najgorszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjął którychś z przywódców Korei Północnej. Gdyby kilka miesięcy po tym wydarzeniu zadać im pytanie, czy ich pogląd się zmienił, wszyscy zgodnie odpowiedzieliby twierdząco. 
Początkowo wojna wydawała się wszystkim kompletnym szaleństwem, jednak z czasem przekonali się, że Korea Północna jest jeszcze silniejsza, niż im się wydawało. Ich sąsiedzi z południa nawet nie starali się atakować swoich oprawców. Jedyne, do czego byli zdolni, to obrona, która i tak niezbyt im wychodziła, biorąc pod uwagę liczbę terenów zagarniętych przez Koreę Północną.
 Kim Dzong Un czuł się coraz silniejszy. Wydawało mu się, że południe odpuszcza. Że w końcu nadejdzie prośba o rozejm i to on zagarnie obie Koree, zostając prezydentem Zjednoczonej Korei. Tylko, że nie wszystko poszło po jego myśli. Nie przypuszczał, że przywódca Korei Południowej jest na tyle przebiegły, żeby udawać słabnące siły swojej armii i podczas, gdy Kim Dzong Un zaczął cieszyć się ze swojej wygranej i układał przemowę głoszącą o tym, że niepotrzebnie życie straciło tylu dzielnych żołnierzy walczących o obronę swojego narodu i bla bla bla, rozeszła się wieść o planowanym przez południe ataku. Przywódca Korei Południowej czekał tylko na to, żeby liczebność wojska północy zmniejszyła się. I tak się właśnie stało, mimo tego, że jakoś rażąco nie spadła. Armia Korei Północnej nadal była potężna, jednak tym razem istniało większe prawdopodobieństwo wygranej. 

Kim Dzong Un siedział przy bardzo nowoczesnym stole, wbijając wzrok w jego szklany blat i z uwagą przysłuchiwał się propozycjom swoich doradców.
- Powinniśmy poprosić o pomoc Chińską Republikę Ludową - zaoponował jeden z przebywających na posiedzeniu i rozejrzał się po pozostałych zebranych. Nikt nie wyraził swojej aprobaty. twierdząc, że przywódca Chin nie pomoże, jeśli nie będzie miał swoich własnych motywów. Wybuchła zagorzała dyskusja pomiędzy zgromadzonymi. Każdy z nich miał oddzielne zdanie na temat przetrwania planowanego ataku i koniecznie chciał się nim podzielić swoim współpracownikom. Tymczasem Kim Dzong Un nadal siedział, zmieniając swoją pozycję jedynie wtedy, gdy rozbolała go głowa od słuchania masy pomysłów. 
- Spokój! - wrzasnął, tracąc nad sobą kontrolę, a wszyscy zebrani spojrzeli na niego z przestrachem. Wszyscy oprócz jednego mężczyzny, który nie musiał martwić się o konsekwencje, ponieważ był prawą ręką władcy. Prezydent przyglądał się mu w milczeniu, ignorując kierowane co kilka sekund w swoją stronę przerażone spojrzenia. Wzrok doradcy spoczął w końcu na swoim szefie i złapali idealny kontakt wzrokowy, który sprawiłby, że każda normalna osoba zamieniłaby się ze strachu w słup soli. Jednak prawa ręka prezydenta była do tego przyzwyczajona i mężczyznom po chwili znudziło się sztyletowanie się wzrokiem. Doradca nareszcie zamilkł, pozwalając wypowiedzieć się najważniejszej na owym spotkaniu osobie.
- Pomysł zjednoczenia się z Chinami jest zbyt banalny - warknął władca. sprawiając, że pomysłodawca tego projektu napiął wszystkie mięśnie, przerażony nagłym obrotem sytuacji. - Właśnie tego spodziewają się Południowcy. Uważają, że sprzymierzymy się z krajem, który bądź co bądź jest od nas dużo większy i potężniejszy, a mimo to ma mniejszą armię. Ten pomysł jest tak przewidywalny, że aż żałosny. Kto na niego wpadł? - warknął prezydent, kończąc argumentowanie swojej opinii, która nawet bez sensownych argumentów nie zostałaby przez nikogo podważona. Wśród zgromadzonych zrobiło się nagle jeszcze ciszej, gdyż trzy czwarte urzędników wstrzymała oddechy. Kilku odważniejszych patrzyło znacząco na osobę, która wpadła na ten jakże genialny pomysł. - No kto!? - krzyknął przywódca, ledwie trzymając swoje zszargane już nerwy na wodzy i wodząc wzrokiem po twarzach zebranych. W końcu młody mężczyzna wstał, głośno przełykając ślinę i szykując się na najgorsze.
- J-ja - wyjąkał, nie mogąc opanować drżących ze strachu kolan. Prezydent powoli podniósł się z miejsca, mierząc go wzrokiem i  oparł zaciśnięte w pięści dłonie na skraju ogromnego stołu.
- Zasada K.28 naszego kodeksu? - zapytał władca, a wszyscy urzędnicy, którzy doradzali jego poprzednikowi, spojrzeli na swojego przywódcę w bezbrzeżnym zdumieniu. Nie istniał przecież żaden kodeks, więc niby skąd młodzieniec miał znać odpowiedź na pytanie swojego szefa?
- K.28? - powtórzył doradca, rozglądając się po sali, jakby spodziewał się, że ktoś okaże się łaskawy i mu odpowie. Ale przecież przebywali w Korei Północnej. Tu nie istniało coś takiego jak "łaska". Owe słowo nie widniało nawet w słowniku zatwierdzonym przez państwo.
- Nie będę się powtarzał! Odpowiadaj! - warknął prezydent, zaciskając palce na skraju szklanego stołu i przymykając powieki, jakby był lwem, który mimo, że ma zamknięte oczy, widzi swoją ofiarę.
- N-nie znam takiej z-zasady - wyjąkał młodzieniec, któremu cała krew zdążyła odpłynąć z twarzy. Kim Dzong Un powoli skierował się w jego stronę, a doradca zagryzł ze strachu wargę, przegryzając ją do krwi.
- To co ty tu robisz!? - wrzasnął przywódca, łapiąc młodego doradcę za materiał koszuli i ledwie powstrzymując się od użycia niecenzuralnych słów. Po kilkunastu sekundach piorunowania go wzrokiem rozluźnił uścisk, a młodzieniec uciekł z sali po to, aby już tam nigdy nie wrócić.
- Jakieś lepsze pomysły? - warknął Kim Dzong Un w stronę pozostałych urzędników i ponownie usiadł na swoim miejscu. Lecz tym razem wyjątkowo nikt nie kwapił się do wyrażenia swojej opinii, widząc, w jakim złym humorze jest ich władca. Doradcy mierzyli się zaniepokojonym wzrokiem, bezgłośnie nakazując sąsiadom, aby to oni przedstawili swoje propozycje na forum spotkania.
- Ja wpadłem na doskonały pomysł - odrzekł po chwili milczenia Pan Prawa Ręka Władcy, a cała uwaga zgromadzonych skupiła się na jego osobie.
- Lizus - burknął pod nosem urzędnik siedzący dwa krzesła po prawej stronie od niego, na co został skarcony wzrokiem przez swojego najlepszego przyjaciela. Nie. W Korei Północnej nie istniało również coś takiego jak "najlepszy przyjaciel". Tu (i to w dodatku jeszcze w okolicznościach wojennych) nie można było nazwać nikogo takim mianem. W tej części Azji każdy dzielił ludzi wokół siebie na "wrogów" i "tych znośnych".
- Czy ktoś jeszcze chciałby coś powiedzieć? - warknął Kim Dzong Un, którzy oczywiście usłyszał obelgę rzuconą przez urzędnika w stosunku do "najbardziej znośnej osoby w swoim otoczeniu". Wszyscy zgromadzeni momentalnie zamilkli i ponownie skupili całą swoją uwagę na Prawej Ręce Prezydenta, jak gdyby sytuacji sprzed kilkunastu sekund nie było.
- Kontynuować? - zapytał najbliższy władcy doradca, na co ten z politowaniem skinął mu głową w odpowiedzi. - Mój plan polega na wysłaniu w sam środek szeregów wroga najbardziej zaufaną osobę w naszym państwie. - W tym momencie urzędnik zamilkł, rozglądając się, jaką reakcję wywołał jego pomysł wśród zgromadzonych. Kilka osób wpatrywała się w niego w kompletnym osłupieniu, jakby nie zrozumieli, co takiego genialnego jest w tym "planie doskonałym". Niektórzy zastygli bez ruchu z przerażenia, że to oni mogą zostać wyznaczeni na "najbardziej zaufaną osobę w naszym państwie". Na twarzach reszty widniała obojętność. Dla nich nie liczyło się już, czy zginą czy nie. Mieli dosyć.
- Interesujące - mruknął pod nosem Kim Dzong Un, tym jednym słówkiem sprawiając, że wszyscy zgromadzeni odwrócili się w jego stronę. - Kontynuuj. - Chyba pierwszy raz w swoim życiu nie zażądał czegoś, a o to poprosił. Podczas gdy Pan Prawa Ręka przedstawiał tajniki swojego planu, zgromadzeni w miarę poznawania kolejnych szczegółów, kiwali z uznaniem głowami i spoglądali po sobie z satysfakcją, że w ich kraju jednak żyje kilka wybitnie mądrych osób. Mina przywódcy przypominała latami ćwiczoną obojętną maskę, na której nie można było odczytać choćby śladu jakiejkolwiek emocji. Jednak najważniejszy z doradców dostrzegł w jego oczach wesołe iskierki, które pojawiły się najprawdopodobniej na wzmiankę o końcowym planie zemsty idealnej.
- A teraz zdradź nam, kto jest najbardziej zaufaną osobą w naszym państwie - zażądał władca, wpatrując się w swoje zaciśnięte na krawędzi stołu dłonie.
- Lee Yu Ki - powiedział Prawa Ręka, ignorując rzucane mu zaskoczone spojrzenia i utrzymując kontakt wzrokowy tylko i wyłącznie ze swoim szefem. Szefem, który teraz śmiał się gorzko, uznając to wszystko za mało zabawny żart.
- Bardzo śmieszne. A tak naprawdę, to kogo chcesz wysłać? - zapytał Kim Dzong Un, który nagle zaczął przeczuwać, że to jednak nie było przejęzyczenie lub kawał.
- Lee Yu Ki - powtórzył konsekwentnie najbliższy doradca, nie spuszczając wzroku nawet wtedy, gdy oczy prezydenta zaczęła posyłać mu mordercze spojrzenie, które każdej normalnej osobie zmroziłoby krew w żyłach. Nastała cisza, której początkowo nikt nie chciał przerwać, jednak potem wszyscy urzędnicy docenili pomysł ich przełożonego, wyrażając na głos swoją aprobatę i zachwalając Prawą Rękę za iście doskonały pomysł. Zgodnie twierdzili, że najważniejszy był właśnie element zaskoczenia.
- Nigdy. W. Życiu - wychrypiał przez zęby przywódca szeptem, który dla wielu był dużo gorszy, niż gdyby prezydent miał krzyczeć. Wszyscy zamilkli, słysząc głos swojego szefa.
Doradca jednak dalej wyglądał na niewzruszonego gniewem Kim Dzong Una. Po chwili jednak spuścił wzrok w dół, na co przywódca uznał, że Prawa Ręka się poddał.
Nic bardziej mylnego.
On dopiero rozpoczynał swoją grę.
___________________
No więc, tak. Wiem, że jak na mnie to pierwszy rozdział jest krótki, ale to opowiadanie będzie miało dużo części, a poza tym to miało być tylko wprowadzenie do tego co będzie się działo dalej. Uznajcie to więc za coś na kształt rozwiniętego prologu :)
Czekam na Wasze teorie kim może być postać Lee Yu Ki, dlaczego "Zemsta nadchodziła." no i co Wam tylko wpadnie do głowy ^^ A może znowu będzie powtórka z "wróżbity Macieja" xD?

Mam nadzieję, że się Wam spodobało :)
Czekam na opinie i komentarze ^^
Taeyeon <3


poniedziałek, 14 września 2015

Soccer connects generations

Hejka :)
Nie mam pojęcia czy dzisiaj skończę (Zaczynam pisać - 21:14 dwunastego września xD) ale możliwe, bo w sumie to wiem od bardzo~ dawna co ma się wydarzyć w tym one shocie, więc myślę, że znowu nie będę miała jakiegoś większego problemu z napisaniem tego, ale zobaczymy ^^
Nie wiem co jeszcze mogłabym tu napisać... Serio. Nie wiem.
Do zamawiającej: Jess, no więc tego xD Miało być "sweet". Nie umiem pisać sweet scenariuszy. Przepraszam, jeśli Ci się nie spodoba, ale starałam się. Naprawdę ;) Ale w sumie to masz szczęście, bo wpadłam na to już dawno i gdy zamówiłaś to miałam już całą koncepcję, więc tylko trochę to podrasowałam i chyba jest nawet spoko. Zaznaczam słowo "chyba". Mam nadzieję, że Ci się spodoba + Piszaj mie Jacksona z wyzwaniem, które Ci dałam, bo będę okrutna i zmienię równe 600 słów na równe 1.500. No. Więc tego masz zachętę xD Koniec wiadomościo-informacji (Wiem, że nie ma takiego słowa ^^)
Scenariusz z Bambim dla Jessicy :)
P.S. Chodzi o BamBama z GOT7, ale nazywam go Bambi. I Bambim pozostanie. NA WIEKI. Muahahahaha XD
Miłego czytania :)                       

Piłka nożna łączy pokolenia

- Jess, podejdź tu na chwilkę! - krzyknął twój nauczyciel od wychowania fizycznego i wyznaczył gwizdkiem przerwę przerywając ci grę w piłkę nożną tuż przed tym gdy miałaś strzelić kolejnego gola. Zziajane koleżanki z drużyny pogratulowały ci wspaniałej jak zwykle gry i pobiegły wprost w stronę materacy rzucając się na nie jak długie, żeby tylko dotknąć twarzą zimnego materiału. Chłopcy z twojej klasy nadal grali, a wuefista totalnie to zignorował pozwalając im na samowolną rozgrywkę.
- Tak, proszę pana? - zapytałaś podchodząc do swojego nauczyciela, lecz ten nie odpowiedział i podszedł w stronę ławek nakazując ci gestem dłoni, abyś ty też usiadła.
- Wiesz o tym, że jesteś najlepsza w naszej szkole w grę w piłkę nożną? - zapytał patrząc na ciebie kątem oka jednocześnie zapisując czasy twoich koleżanek z biegów.
- Najlepsza? No nie...
- Słuchaj, nie interesuje mnie sztuczna skromność. Jesteś najlepsza i dobrze o tym wiesz. - przerwał ci w połowie wypowiedzi, a po tym co usłyszałaś zrobiło ci się głupio. Nie znosiłaś kiedy nauczyciele chwalili cię za twoją grę. Dlaczego? Bo grać nauczył cię twój ojciec, który jak gdyby nigdy nic pewnego dnia postanowił, że zostawi cię razem z mamą, a sam odejdzie do jakiejś innej panienki, bo "nie jest wam już potrzebny." W szkole podstawowej jeździłaś na zawody, mistrzostwa i w ogóle, ale gdy ojciec zostawił was kiedy byłaś w pierwszej klasie gimnazjum zwalniałaś się z każdej lekcji, na której kazano wam grać w piłkę kłamiąc, że boli cię noga lub tego typu wymówki. Tylko, że w liceum to już nie przeszło uwadze nauczyciela i zmuszał cię do gry.
- Ale... - westchnęłaś odpędzając od siebie obraz tego jak tata biegł przed tobą z piłką, a ty goniłaś go ile sił miałaś w swoich wówczas bardzo krótkich nóżkach.
- Żadne "ale". Jutro o siedemnastej mamy treningi przed zawodami. Masz być. - stwierdził głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Jutro nie mogę. Ciocia organizuje kolację i powiedziała, że muszę być, bo chce mnie przedstawić swojemu narzeczonemu, który ma być...
- Aha. W porządku. - powiedział na co uśmiech rozjaśnił twoją twarz, bo kłamstwo w końcu ci się udało. - Ale wiesz, przed chwilą dzwoniłem do twojej matki i twierdziła, że nie masz żadnych planów i na sto procent będziesz obecna. - Super. Własna matka cię zdradziła.
- Ale to nie tak. Bo ta kolacja miała być niespodzianką dla mamy, bo ciocia prosiła, żebym nic jej nie mówiła, więc...
- Słuchaj, nie obchodzi mnie powód, dla którego tak bardzo nienawidzisz piłki nożnej, ale dziewczyno, masz prawdziwy potencjał! Gdybyś była chłopakiem mogłabyś startować nawet do naszej narodowej reprezentacji "Tygrysów Azji". Musisz jutro przyjść. M-u-s-i-s-z. Bo inaczej dostaniesz gorszą ocenę z w-fu za nie stosowanie się do poleceń nauczyciela. - To cię załatwił.
- Nie mogę. - powiedziałaś czując łzy wzbierające w oczach i wybiegłaś z sali gimnastycznej zostawiając nauczyciela z miną mówiącą "Co ja takiego powiedziałem?". Wbiegłaś do szatni i usiadłaś na ławce chowając twarz w dłoniach pozwalając łzom popłynąć. Wszyscy uważali, że masz idealną rodzinę - matka, która zawsze była gotowa cię wesprzeć, siostra, która była tak mądra i piękna, że chłopcy mogli jedynie o niej śnić oraz ojciec - zawsze wesoły, nigdy nie karcący cię za złe oceny. A jaka była prawda? Matka była śmiertelnie chora i zostało jej zaledwie kilka miesięcy na tym świecie (o czym oczywiście nie wiedział nikt oprócz ciebie i twojej siostry. Nawet ojciec nie miał o niczym pojęcia.) Siostra wybrała studia za granicą i prawie całkowity brak kontaktu z tobą i ze śmiertelnie chorą matką. A ojciec mieszkał w Busanie, czyli na drugim końcu kraju ze swoją nową żoną i dziećmi, a "starą" rodziną się w ogóle nie interesował. Nigdy nie dostałaś od niego choćby kartki na urodziny, a co dopiero mówić o jakimś spotkaniu.
- Ej, wszystko w porządku? - zapytał Kunpimook Bhuwakul - Tajlandczyk z wymiany międzynarodowej, który "kaleczył" język koreański, ale mimo wszystko dało się go radę zrozumieć - i położył ci dłoń na ramieniu przysiadając na ławce obok ciebie. A jako, że nikt w szkole nie umiał wymówić jego imienia uczniowie, a także większa część nauczycieli mówili na niego BamBam. Ta ciekawa ksywka została wymyślona przez jednego pierwszoklasistę, który teraz unikał "swojej ofiary" jak ognia, bo bał się konsekwencji swojego bardzo nierozważnego czynu.
- Nauczyciel cię przysłał? - zapytałaś domyślnie ocierając łzy z policzków, aby nie wyglądać w oczach chłopaka na kolejną dziewczynkę, której wystarczy powiedzieć jedno słowo, żeby się rozpłakała.
- Emm... Nie? - spytał BamBam, który pewnie długo się zastanawiał czy skłamać czy nie na co podniosłaś na niego wzrok.
- Nie kłam. Jedyne czego nienawidzę to właśnie kłamstwo prosto w twarz. - powiedziałaś przypominając sobie słowa ojca. "Nie jestem wam już potrzebny." To tak jakby powiedzieć "Nie potrzebujecie tlenu by oddychać." Tata jest tak samo potrzebny do szczęścia dziecka jak tlen dla każdego człowieka. Tylko, że jest pewna różnica. Bez tlenu nie można żyć. Do życia bez taty można się po pewnym czasie przyzwyczaić i żyć dalej, ale nic nie będzie wówczas takie samo jak kiedyś.
- Przepraszam... - powiedział chłopak jakbyś właśnie go okrzyczała. - Potrzebujesz chusteczki? - zapytał sięgając do kieszeni i nie czekając na odpowiedź wyjął jedną z paczki.
- Nie. - odpowiedziałaś odtrącając dłoń chłopaka i wycierając oczy wierzchem dłoni.
- Umm... Chciałabyś porozmawiać? - zapytał BamBam, a łzy ponownie pociekły po twoich policzkach skapując na jego dłoń położoną między wami. Spuściłaś wzrok na ławkę czując, że bardzo chcesz komuś wyznać to co trapiło cię przez tyle lat. Ale skoro nie potrafiłaś porozmawiać o tym nawet ze swoją najlepszą przyjaciółką to co dopiero z chłopakiem, który kilka miesięcy temu przyjechał do Korei.
Najgorsze było właśnie to, że choćbyś nie wiem jak chciała nie mogłaś otworzyć się przed ludźmi. Odizolowałaś się od innych, a ból zabijał cię od środka.
Wtedy poczułaś dłoń chłopaka w uspokajającym rytmie gładząca cię po policzku. Mimo, że normalnie byś go odepchnęła pozwoliłaś sobie na chwilę słabości i gdy przytulił cię do siebie bez słowa wtuliłaś się w jego podkoszulek pozwalając łzom popłynąć. Przez chwilę trwaliście tak bez ruchu nie licząc tego, że BamBam delikatnie gładził cię dłonią po włosach, ale po jakiejś minucie opamiętałaś się i odrobinę odsunęłaś się od niego podnosząc wzrok na jego twarz. Chłopak przybliżył usta do twoich. Wasze wargi dzieliły milimetry.
- BamBam! Chodź już, bo nie zdążysz na... - krzyknął trener wpadając do szatni. BamBan odsunął się i oparł głowę o ścianę ciężko wzdychając. - Um... Przepraszam. - wyjąkał wyraźnie speszony nauczyciel i zaczął się wycofywać z pomieszczenia.
- Nie szkodzi. Już pójdę. - powiedziałaś szybko zrywając się z ławki i ignorując zawiedzione spojrzenie chłopaka wbiegłaś na salę. Podeszłaś do koleżanek karcąc się w duchu, że pozwoliłaś osobie, z którą zamieniłaś z dwa razy słowo przebić się przez mur, który przez tyle lat budowałaś wokół siebie. Kątem oka zauważyłaś, że BamBam wszedł na halę i szukał cię wzrokiem, ale udawałaś, że go nie widzisz i z zainteresowaniem słuchasz swojej najlepszej koleżanki, która równie dobrze mogłaby teraz mówić do ściany. Po chwili zadzwonił dzwonek na przerwę, a trener oświadczył, że "skoro przyjście na trening cię przerasta to nie musisz przychodzić." Wbiegłaś do szatni dla dziewczyn pewna, że teraz będziesz musiała unikać BamBama, który źle wpływał na twój rozwód ze światem szczęśliwych ludzi.

- Jess! - Czyjś głos przedarł się do twojego snu przerywając ci fantazję, z której mimo wszystko nie chciałaś się obudzić.
- Bambi, poczekaj jeszcze pięć minut. - wymruczałaś w poduszkę nie otwierając oczu i przewróciłaś się na drugi bok. Po chwili zrozumiałaś co powiedziałaś i jak oparzona usiadłaś na łóżku patrząc prosto w przekrwione od ciągłego płaczu oczy swojej mamy.
- Bambi? Ten jelonek z filmów Disneya? - zapytała patrząc na ciebie zaniepokojonym wzrokiem jakbyś właśnie powiedziała jej, że za kilka minut wyrosną ci pióra i odlecisz do ciepłych krajów.
- Nie. - stwierdziłaś nawet nie siląc się na sztuczny śmiech, ponieważ twoje usta już od bardzo~ dawna nie wiedziały czym jest uśmiech i na pewno zapomniały jak się go wywołuje. - Wiesz, że rano jestem nieprzytomna.
- Emm? Wiesz o tym, że jest wpół do osiemnastej? - zapytała twoja mama jeszcze szerzej otwierając oczy.
- Co!? - krzyknęłaś orientując się, że leżałaś sobie w najlepsze wśród otwartych zeszytów i zabazgranych kartek. Wpół do osiemnastej?
- Przyszłam, żeby ci powiedzieć, że zaraz będzie kolacja, więc...
- Muszę lecieć. - krzyknęłaś bez słowa wyjaśnienia i wybiegłaś z domu po drodze rozplątując warkocz, który dość solidnie się rozwalił.

- Bardzo przepraszam za spóźnienie! - krzyknęłaś wbiegając na halę gdzie nikt nie grał w piłkę nożną. Musiałaś tam przyjść. Nawet, jeśli chodziło ci tylko o to, żeby pokazać trenerowi, że jesteś ponad to i jednak przyjdziesz na trening. A nie o to chodziło. Wszyscy siedzieli na podłodze uważnie słuchając tego co mówił im nauczyciel. Jak na komendę zwrócili głowę w twoją stronę. Twarz trenera rozjaśnił uśmiech.
- Nie szkodzi. Przebierz się, a my poczekamy.

Trening minął w miarę spokojnie. W miarę, bo BamBam podczas każdej z przerw próbował cię jakoś zagadać, ale zbywałaś go tak jak wszystkich dookoła. Wyszłaś z hali ostatnia ponieważ trener kazał ci zostać chwilkę dłużej niż pozostali, aby powiedzieć ci, że był pewien, że mimo wszystko przyjdziesz i że jest z ciebie dumny. Już miałaś wejść do szatni kiedy mimowolnie przystanęłaś słysząc głosy dwóch chłopaków. Nie to, że chciałaś podsłuchiwać. Szczerze to nie obchodziło cię zbytnio życie innych ludzi, ale nie chciałaś tak po prostu wchodzić komuś w środek rozmowy.
- Odkąd tylko tu przyjechałem staram się, żeby mnie zauważyła, żeby w końcu zrozumiała co do niej czuję, ale ona ma to w nosie. - żalił się jakiś dziwnie znajomy głos osobie, której nie mogłaś zobaczyć.
- To nie twoja wina. - stwierdził pocieszająco drugi głos, którego nie rozpoznałabyś nawet wtedy kiedy jego właściciel stanąłby przed tobą.
- A najgorsze jest to, że wczoraj jakby otworzyła się przede mną, a teraz zaczęła mnie ignorować jeszcze bardziej niż wcześniej. Sam nie wiem co mam teraz zrobić. - wychyliłaś się lekko tak, żeby zobaczyć kto rozmawia sama nie będąc zauważoną i wtedy twoje przypuszczenia się potwierdziły - BamBam rozmawiał z jakimś chłopakiem, którego widziałaś pierwszy raz na oczy.
- Chcesz z nią być? - zapytał nieznajomy koleś, a ty nie chcąc usłyszeć odpowiedzi weszłaś do szatni jak gdyby nigdy nic, chwyciłaś swoją bluzę zdejmując ją z wieszaka i schyliłaś się w poszukiwaniu butów. Rozmowa ucichła tak jakby w ogóle jej nie było, ale kątem oka zauważyłaś, że ten "obcy" pokazuje na ciebie palcem, a BamBam twierdząco potakuje głową.
- Pa. - usłyszałaś Bambiego gdy wychodziłaś z szatni, ale tylko skinęłaś głową i nie odpowiedziałaś mu bojąc się, że gdybyś poczekała chwilę dłużej za drzwiami dowiedziałabyś się czegoś czego nie chciałaś wiedzieć.

*kilka dni później na treningu piłki nożnej*

- O! Zobaczcie kolejny raz gościmy naszą Jess na treningu! - wykrzyknął pozytywnie zaskoczony trener gdy tylko przeszłaś przez drzwi hali. - Czyżby ktoś polubił piłkę nożną? - zapytał cię szeroko się uśmiechając.
- Nie. - stwierdziłaś stanowczo na co mina trochę mu zrzedła, ale starał się aby nie było tego po nim widać.
- W takim razie co tu robisz?
- Po prostu muszę coś komuś udowodnić. - powiedziałaś patrząc nauczycielowi prosto w oczy.
- Komu? - zapytał z wyraźnym zaciekawieniem w głosie, a wszyscy uczestnicy treningów nawet nie próbowali udawać, że was nie podsłuchują.
- Nikomu ważnemu. - "Ojcu. Żeby mimo, że nie może tego zobaczyć pokazać mu to co on pokazywał nam od tych prawie sześciu lat. Że nic już dla mnie nie znaczy."
- To po co starasz się tej osobie udowodnić? - zapytała twoja koleżanka z tego samego rocznika co ty, ale chodząca do innej klasy, a wszyscy jak na zawołanie zwrócili głowy w twoją stronę.
- Bo muszę. - warknęłaś choć to nie było żadnym dobrym argumentem, ale niby z jakiego powodu miałaś się wszystkim tłumaczyć.
- Dobra. Koniec. - uciął trener widząc, że osoba, na którą warknęłaś już otwiera usta, żeby jakoś ci dopiec. - Dzisiaj rozegramy sobie mecz na boisku, żeby przygotować się do zawod... Ugh. Ale ze mnie gaduła. - powiedział uderzając się wyprostowaną dłonią w czoło. - To miała być niespodzianka!
- Jakie zawody? - zapytał BamBam, a wszyscy spojrzeli na niego z wdzięcznością, bo każdy chciał wiedzieć o co chodzi. Każdy szczęśliwy człowiek. Czyli nie ty.
- Potem. Podzielcie się jakoś na drużyny. - powiedział po czym wszyscy wyszliście na boisko ustawiając się w dwóch rządkach. Trener zignorował trzech chłopaków z pierwszej klasy, którzy krążyli wokół niego wypytując o zawody, ale ten milczał jak grób i usiadł na trybunach zapisując coś w notatniku nauczyciela.
- Dajcie wy mi święty spokój! - krzyknął w końcu gdy młodzi zabrali mu długopis i zażądali odpowiedzi na zadane pytanie. Odpędził się od nich dłonią jak od natrętnej osy po czym wyznaczył gwizdkiem początek meczu. Podałaś piłkę swojej najlepszej przyjaciółce przebiegając w bok, aby mieć wolne pole do jej przyjęcia. Ji kopnęła piłkę w twoją stronę na co pobiegłaś prosto w kierunku bramki gdzie bramkarz właśnie uciął sobie pogawędkę z obrońcą gdzie to niby będą zawody. Wtedy usłyszałaś gwizdek trenera i jakieś krzyki, więc odwróciłaś głowę w kierunku trybunów co nie było dobrym pomysłem. Potknęłaś się na piłce, pisnęłaś jak mała dziewczynka i wylądowałaś na kimś, a wasze wargi się zetknęły. Szybko wstałaś i zauważając, że był to BamBam pomogłaś mu wstać i przeprosiłaś go.
- Nic nie szkodzi. Możesz codziennie tak na mnie wpadać. - zaoponował chłopak z delikatnym uśmiechem rozjaśniającym jego twarz.
- Emm... - wymamrotałaś nie wiedząc co masz odpowiedzieć na tego typu zaczepkę.
- Miałem cię o to już dawno zapytać: Zostaniesz moją dziewczyną? - zapytał BamBam, a delikatny rumieniec zawitał na jego twarz. Dookoła rozległy się gwizdy i "Zgódź się, zgódź się."
- Nie. - powiedziałaś stanowczo na co chłopak posmutniał i rozległy się jęki zawodu twoich koleżanek i jego kolegów.
- Dlacze...
- Jess! Ktoś do ciebie dzwoni! - przerwał mu trener podbiegając do was i wręczając mu swoją "roboczą" komórkę.
- Halo? - zapytałaś przytykając palcem jedno ucho aby lepiej słyszeć, bo wszyscy nagle wpadli na pomysł pocieszania BamBama.
- Jess! - usłyszałaś załamany od płaczu głos siostry i jakieś szelesty. I niestety wiedziałaś już jaka będzie kolejna część jej wypowiedzi. - Dzwonili ze szpitala. Zabrali mamę. Umiera. - przyjęłaś tę wiadomość jakby umierał ktoś inny, a nie najbliższa ci osoba. Przecież to niemożliwe. Zaledwie dzisiaj krzyczała na ciebie, że piłaś sok prosto z kartonu, a teraz... Nie. To nie może być prawda. - Już się pakuję, ale będę najwyżej... - odłączyłaś się i nie słuchając zaniepokojonych krzyków nauczyciela podałaś mu telefon i ile sił w nogach, w sportowym stroju pobiegłaś w stronę szpitala. Słyszałaś za sobą czyjeś kroki, jednak nie byłaś w stanie się odwrócić, żeby sprawdzić kto to. Twoja mama umierała. Nie było przy niej nikogo bliskiego. Ojciec w Busanie, siostra w Stanach. Miała tylko ciebie, a ty wolałaś udowodnić coś tacie, który nawet się o tym nie dowie niż zainteresować się zdrowiem matki. Po kilometrze nie mogłaś już dłużej biec, ale myśl o tym, że mama właśnie umiera dodawała ci sił i w ciągu zaledwie pięciu minut wbiegłaś przez drzwi frontowe szpitala.
- Jess! - zziajany Bambi zastąpił ci drogę i złapał cię za ramię uspokajając oddech.
- Puszczaj mnie! - krzyknęłaś ignorując zaskoczone spojrzenia rzucane przez pielęgniarki.
- Czy wszystko w porządku?  - zapytał jakiś lekarz podchodząc do was wyraźnie zaniepokojony. Korzystając z okazji dowiedziałaś się gdzie leży twoja mama i wbiegłaś na piętro po schodach w dalszym ciągu ignorując Tajlandczyka, który podążał twoim śladem. Odszukałaś właściwy oddział i wpadłaś do sali zastygając bez ruchu na widok mamy podpiętej do kilku różnych aparatur. Jeden wyświetlacz wskazywał tętno serca, które u twojej mamy wskazywało poważne zagrożenie życia. Teraz już sama nie wiedziałaś po co tu biegłaś. Skoro lekarze i najwybitniejsze maszyny oraz leki zawiodły to niby jak ty miałaś jej pomóc?
- To twoja mama? - zapytał szeptem BamBam muskając palcami ekran pokazujący tętno, który nagle zaczął niepokojąco pikać i do pomieszczenia wpadło kolejnych dwóch lekarzy. Chłopak spojrzał na ciebie współczująco gdy zaczęto wpompowywać twojej mamie jakiś płyn do żył.
- Podaj mi jeszcze jedną strzykawkę. - nakazał jeden z lekarzy pielęgniarce, która z prędkością światła podała mu przyrząd.
- Po co to wszystko skoro i tak wiadomo,  że nie ma dla niej szans? - powiedział praktykant, który obserwował co robią lekarze w takiej sytuacji. Poczułaś ucisk w okolicach serca i wybiegłaś na korytarz gdzie usiadłaś na ławce zanosząc się płaczem.
- Tak mi przykro. - powiedział BamBam naprawdę załamanym głosem obejmując cię ramieniem i przyciągając do swojej klatki piersiowej. - Ten facet na pewno nie miał tego na myśli.  On tylko... - chłopak umilkł, bo zorientował się,  że przez niego tylko jeszcze bardziej się rozpłakałaś. - Przepraszam. - wyszeptał opierając głowę na twoim ramieniu i chowając twarz w twoich włosach. Nie powiedział nic więcej dopóki nie uspokoiłaś się wsłuchując się w rytm jego serca.
- Poczekasz chwilkę? - zapytał wypuszczając cię z uścisku, a ty ignorując głos mówiący w twojej głowie "To zbyt samolubne." wyszeptałaś:
- Nie zostawiaj mnie.
- Och, Jess... - powiedział chłopak bez jakiegokolwiek śladu wyrzutu i objął cię jednym ramieniem, a drugą ręką zaczął szukać komórki w kieszeni spodni. - Halo? O, cześć JB! *długa chwila ciszy* A właśnie nie wiem kiedy wrócę domu, bo mama mojej najlepszej przyjaciółki jest w złym stanie w szpitalu i... *cisza* Yhym. No nie czekaj z kolacją. No. Nie lepiej nie przychodź. To nie jest dobry pomysł. No dobra. Do zobaczenia!
- JB? - zapytałaś podnosząc wzrok w stronę BamBama.
- To pseudonim. Chłopaka. - dodał po chwili przez co zrobiło ci się głupio.
- Nie o to mi chodziło...
- Dobra. Nie ważne. Co się stało twojej mamie? - zapytał przez co jakieś dziesięć minut tłumaczyłaś mu swoją sytuację w domu.
- I właśnie dlatego nie chcę mieć chłopaka. - dodałaś na zakończenie, żeby w końcu mu to powiedzieć i mieć to już z głowy.
- Co? Czy ja coś przespałem? Od kiedy rozmawiamy o nas? Dlaczego nie chcesz, żebym był twoim chłopakiem?
- Bo boję się,  że mnie zostawisz. - wyrzuciłaś to z siebie to czego nie powiedziałaś jeszcze nikomu, a w dodatku na koniec takie wyznanie. Byłaś w jego oczach skończona.
- Nie zostawię cię. - obiecał chwytając cię za dłoń i splatając wasze palce.
- Tak? Teraz tak mówisz, a potem wrócisz do Tajlandii i zapomnisz o mni... - przerwałaś, bo jego usta wpiły się w twoje w długim i słodkim pocałunku.
- Nie wrócę do Tajlandii. Muszę skończyć tu liceum, ale po wyjściu z niego będę już pełnoletni i sam zadecyduję o tym, żeby tu mieszkać. Poza tym kocham... - spojrzałaś na niego od dołu.  - Seul. No co tak się na mnie patrzysz? Żartuję. Kocham ciebie.  - A po kolejnym pocałunku dodał - Ale Seul też.
- Wiesz...- zaczął po chwili gdy jeden z lekarzy wybiegł z sali, w której leżała twoja mama. - Mógłbym spędzić w twoich ramionach wieczność i mam nadzieję,  że tak właśnie będzie,  ale jest ktoś kto teraz potrzebuje cię bardziej.
- Masz rację. - powiedziałaś podnosząc się z ławki. - Ale ty idź już do mieszkania. Ten DJ będzie się o ciebie niepotrzebnie martwił.
- JB - poprawił cię chłopak. - Nie będzie się martwił. To JB. Będzie świętował i zapewne zaprosi jakąś laskę. Wracam za góra dwie godziny i jadę tylko po to, żeby się przebrać, bo jest mi zimno w krótkich spodenkach. Przywieźć ci coś?
- Nie. Nie musisz przyjeżdżać. To moja mama. Nie lubiła gdy ktoś się nad nią użalał. To znaczy lubi... - Przez tę pomyłkę łzy ponownie zawitały do twoich oczu. Bambi pocałował cię w czoło.
- Wszystko będzie dobrze. - powiedział po czym poczekał aż wejdziesz do sali i poszedł do domu wybierając czyjś numer.
- Mamo... - zaczęłaś siadając na niewielkiej sofie przy jej łóżku i chwyciłaś ją za dłoń. - Wiem, że często się kłóciłyśmy, ale kocham cię i chcę, żebyś zawsze o tym pamiętała. - wyszeptałaś przyciskając wargi do dłoni mamy.

- Jess, skarbie... - usłyszałaś czyjś głos i twój policzek owionął ciepły oddech.
- Hmmm? - zapytałaś w jednej chwili otwierając oczy. Nawet nie pamiętałaś kiedy zasnęłaś. Leżałaś skulona w kąciku sofy, a obok siedział Bambi bawiąc się kosmykami twoich włosów. - Co z mamą?
- Bez zmian. - powiedział z żalem w głosie i musnął wargami twoje czoło. - Ktoś chce z tobą porozmawiać. - wyszeptał ci do ucha na co przeniosłaś wzrok na łóżko swojej mamy. Obok stała twoja siostra... i ojciec. Przez te sześć lat zmienił się nie do poznania. Wymłodniał przy swoich młodziutkich dzieciach.
- Co on tu robi!? - wykrzyknęłaś przechodząc do pozycji siedzącej i kierując słowa w stronę siostry.
- Przecież musiałam mu powiedzieć! Na moim miejscu sama byś...
- Nigdy bym nie powiedziała jemu! - ostatnie słowo dosłownie wyplułaś z siebie na co ojciec popatrzył na ciebie wzrokiem niesłusznie zbitego psiaczka. - Co przyjechałeś tu, bo znudziła ci się nowa rodzinka i nagle zacząłeś interesować się starą!? Jesteś skończonym tchórzem! Najpierw odchodzisz, a potem nawet nie...
- Jess... Spokojnie. - powiedział BamBam chowając twarz w twoich włosach.
- Spokojnie!? Przez tyle lat...
- Proszę państwa! Takie sprawy załatwia się na korytarzu! Uszanujcie chorą! - ofuknęła was szeptem pielęgniarka, która wbiegła do sali słysząc krzyki.
- Jessie, chodź. - powiedział twój ojciec, a ty prychnęłaś pod nosem gdy nakazał ci gestem dłoni abyś z nim wyszła na korytarz. Tyle lat marzyłaś, żeby usłyszeć głos taty, a teraz gdy to marzenie w końcu się spełniło chciałaś już nigdy więcej go nie słyszeć.
- Jess, porozmawiaj z nim. Będzie ci lepiej. - wyszeptał Bambi do twojego ucha na co zmierzyłaś go gniewnym spojrzeniem, ale mimo wszystko wstałaś i poszłaś za ojcem.
- Przepraszam, kochanie... - zaczął twój tata już na korytarzu.
- Kochanie!? Przez sześć lat nawet nie raczyłeś zadzwonić, napisać. Nic! Każdego dnia czekałam jak skończona idiotka na to, że to był tylko głupi żart. Na to , że wrócisz! A wtedy mama mi przekazała, że masz nowe dziecko! I co od razu musiałeś o mnie zapomnieć!? Nie mogłeś choćby raz na miesiąc zadzwonić!? Zapytać co u nas słychać!? Dowiedzieć się czy mamie dopisuje zdrowie!? A ty nic! Nic. Kompletny brak znaku życia przez sześć lat! Gdyby twoja starsza córka nie była na tyle glupia, żeby ci o tym powiedzieć nawet nie wiedziałbyś, że mama umiera! - krzyczałaś w najlepsze ignorując to, że jesteście w miejscu publicznym, a łzy strumieniami lały ci się z oczu. W końcu mogłaś wyrzucić z siebie to co przez tyle lat cię męczyło. - Jesteś tchórzem! Skończonym tchórzem, którego "nie potrzebujemy" *znak cudzosłowu zaznaczyłaś palcami w powietrzu* ale wiesz co!? Tu akurat miałeś rację! Żadne z nas cię nie potrzebuje! Jesteś dla nas nikim!
- Jess, uspokój się!  - zarządała twoja siostra wychodząc  sali razem z Bambim.
- Nie uspokoję się!  Tyle lat łudziłam się,  że o nas nie zapomniał!  Tyle lat wierzyłam, że wciąż nas kocha podczas gdy dla niego liczyła się tylko ta smarkula i jej równie smarkata matka!
- Kocham was! - wrzasnął ojciec przerywając twój głośny monolog gdy tylko na końcu korytarza pojawił się lekarz. - Dlaczego twierdzisz, że nie dawałem znaku życia kiedy to ty nigdy nie odpowiedziałaś na żaden z moich... - przerwał, bo lekarz przyspieszył i wbiegł do sali gdzie właśnie leżała twoja mama. Jak na komendę wszyscy wbiegliście za nim z Bambim zamykającym pochód. Doktor sprawdzał aparaturę.
- Nie żyje. - powiedział odwracając się w waszą stronę z czystym smutkiem wypisanym na twarzy. I nagle świat stracił ostrość.

*kilka dni po pogrzebie*

- BamBam, pomożesz mi to posprzątać? - zapytałaś wchodząc z wielkim kartonowym pudłem do miejsca gdzie w całym swoim życiu byłaś zaledwie dwa razy - do gabinetu mamy. W oczy rzuciła ci się śnieżnobiała karteczka leżąca na biurku.

Jessie,
skoro to czytasz to znaczy, że nie ma mnie już na tym pięknym świecie. Przepraszam Cię za to z całego swojego serca, które już się zatrzymało. Za to i za jeszcze jedną sprawę. Otwórz szafkę pod oknem, a zrozumiesz o co mi chodzi. Przepraszam Cię jeszcze raz i mam nadzieję,  że kiedyś mi to wybaczysz. Mam również do Ciebie prośbę: Wybacz ojcu. W przeciwieństwie do mnie nie zrobił nic złego. 
Pamiętaj, że zawsze będę Cię kochać. Przekaż ojcu i siostrze, że ich również kocham, a także Ji, którą traktowałam jak trzecią córkę.
Kocham Was.
Wybacz mi.
Mama

Otworzyłaś szafkę, o której wspomniała twoja mama i spotkało cię zaskoczenie. Masa listów i paczek adresowanych do ciebie od ojca.

Skończyłam bardzo późno jak na siebie.
Mam nadzieję,  że spodoba się Wam i zamawiającej :)
Czekam na opinie i komentarze ^^
Taeyeon ♥