Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oneshot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oneshot. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 czerwca 2016

Only a week



zamówienie dla Evy | Kim Taehyung | BTS | 4694 słów

jes­tem czasami
naj­częściej przeszłym
niedokonanym
żyję swoim trybem
przypuszczajacym
myślę, co mogłem zmienić

     -  Skarbie, nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł - powiedział Taehyung jakby zmartwionym tonem, kierując do mnie swoje słowa.
     Jakieś dwie godziny temu przyszliśmy na plażę, żeby podziwiać zachód słońca i mimo tego, że zachwycające pełnią barw niebo już dawno dało się odeprzeć wieczornemu nieboskłonowi i gwiazdom, to my w dalszym ciągu przechadzaliśmy się po wybrzeżu. Nie przeszkadzało mi to, że jedynym oświetleniem było dość nikłe światło księżyca, chociaż bałam się ciemności jeszcze bardziej niż pająków. Dopóki byłam z Tae, wiedziałam, że nic mi nie grozi, a on zrobiłby wszystko, żeby mnie ochronić.
- Tae... - westchnęłam, przysiadając się do chłopaka, który przed chwilą usiadł na piasku, tak aby siedzieć tuż przed nim.
- Tak, wiem, że już o tym rozmawialiśmy, ale to tylko zakład. Nie musisz robić niczego, aby coś im udowodnić - powtórzył kolejny raz swój stały argument, który przytaczał za każdym razem, gdy o tym rozmawialiśmy. Odkąd tylko dowiedział się o tym zakładzie, wydawał się zaniepokojony dużo bardziej niż ja, chociaż to ja miałam za zadanie przedostać się do opuszczonej cegielni otoczonej drutem kolczastym.
     Zakład jak zakład. Według niego mogłam zrezygnować, bo to niebezpieczne i twierdził, że prawdziwą odwagą wykazałabym się wtedy, kiedy bym odmówiła.
     Taehyung myśli, że bycie nową w szkole, a w dodatku Europejką z pochodzenia jest naprawdę świetną sprawą. Ja tak nie twierdziłam, nie twierdzę i nie będę twierdziła. Nigdy nie prosiłam ojca o to, aby był cholernie bogatym biznesmenem, a już na pewno nie o to, żeby zabrał mnie ze sobą, kiedy sześć lat temu wyjeżdżał tutaj w sprawach biznesowych. Gdyby nie to pewnie nadal żyłabym sobie szczęśliwie w Anglii i znając mnie, to nawet nie wiedziałabym, że istnieje takie państwo jak Korea Południowa. A przez ojca musiałam zostawić swoich wszystkich przyjaciół za granicą. Początkowo byłam na niego okropnie zdenerwowana, ponieważ nie umiałam powiedzieć choćby "Dzień dobry" w języku koreańskim, a co dopiero mówić o porozumieniu się z Koreańczykami. Po sześciu latach pobytu tutaj i tak nie potrafię wymówić niektórych słów lub rozumiem tylko połowę z tego, co słyszę. Moja złość na niego przeszła, gdy w liceum znalazłam przyjaciółki i zostałam dziewczyną Taehyunga, ale kiedy wszystko zaczęło się układać, w moim życiu musiały pojawić się trzy modnisie, które zapewne makijaż nakładały na siebie szpachelkami. Nie tolerowały one tego, że do ich szkoły uczęszcza Europejka, która w dodatku ma powodzenie u chłopaków i uczy się bardzo dobrze. Uprzykrzały mi życie na każdym kroku, szczególnie jedna z nich - Bae Joohyun, która miała kilkuletnie ambicje o zostaniu ukochaną Tae. Aż do wtorku kiedy to wyszła od nich propozycja zakładu. Jeśli udałoby mi się przedostać się do tej cegielni - dałyby mi spokój, więc chyba nie trudno przypuszczać, że się nie zgodziłam. Nie miałam pojęcia, co jest tak strasznego w tamtym budynku, bo nic przerażającego w nim nie było, więc szybko zrozumiałam, że to jakiś podstęp. Niewiele się pomyliłam, ponieważ przedwczoraj przypadkiem dowiedziałam się, że ojciec Joohyun jest policjantem, więc prawdopodobnie ta jędza zadzwoniłaby po swojego tatusia, przyłapali by mnie na terenie, na którym wstęp jest wzbroniony i znając życie, to sprawa trafiłaby do szkoły, skutkiem czego zostałabym przeniesiona. Przepraszam bardzo, ale nie jestem na tyle głupia, żeby ładować się w takie sprawy. Skoro się nie zgodziłam, to nawet nie wspominałam o tym swojemu chłopakowi. No ale sam się dowiedział, a ja jakoś ciągle "zapominałam" wyprowadzić go z błędu...
     - Czy aż tak bardzo nie wierzysz w to, że mi się uda? - zapytałam, wydymając dolną wargę i robiąc smutną minkę, która najprawdopodobniej nie działała na nikogo oprócz Taehyunga.
- Nie chodzi o to. Po prostu boję się, że coś ci się stanie - powiedział chłopak, wyciągając dłoń w kierunku mojej twarzy i delikatnie pogładził mój policzek. Już otworzyłam usta, aby coś mu na to odpowiedzieć, kiedy nachylił się w moją stronę, skutecznie mnie uciszając. Kiedy Taehyung był tak blisko, nie potrafiłam logicznie myśleć, a on doskonale o tym wiedząc, wykorzystywał swoją przewagę zdecydowanie zbyt często. - A ja nie pozwoliłbym, abyś była w niebezpieczeństwie. Bo cię kocham - wyszeptał tuż przy moich wargach, sprawiając, że na chwilę przestałam oddychać. Kiedy zaledwie milimetry dzieliły go od złożenia pocałunku na moich ustach, odepchnęłam go tak, że upadł plecami na piasek i wstałam, kontynuując naszą wcześniejszą wędrówkę.
- Nie - powiedziałam stanowczo, nawet nie czekając, aż się podniesie i skierowałam się w kierunku swojego domu.
- Co "nie"? - zapytał Taehyung, obracając mnie przodem do siebie i położył dłoń na moim biodrze, drugą unosząc mój podbródek tak, abym patrzyła na jego twarz. - Nie kochasz mnie? - zapytał, podchodząc krok bliżej w moim kierunku.
- Nie pozwolę ci pójść ze mną - powiedziałam, kładąc dłonie na jego klatce piersiowej i odpychając go od siebie, na co spojrzał na mnie rozbawionym wzrokiem i chwycił moje nadgarstki w ten sposób, abym upadła razem z nim.
- Kto powiedział, że będę potrzebował twojego pozwolenia? - zapytał ze śmiechem w głosie i obrócił się tak, że teraz był oparty po obu stronach mojej głowy, a jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko mojej. - Poza tym nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Kochasz mnie?
- Tak - odpowiedziałam, podnosząc się na łokciach i pocałowałam go w policzek, na co mruknął niezadowolony.
- Po pierwsze: co "tak"? Ja powiedziałem całe, więc ty musisz wziąć przykład ze swojego ukochanego chłopaka. Po drugie: nie baw się mną - wyszeptał, po czym jakby mimowolnie spuścił wzrok na moje usta.
- Kocham cię. - powiedziałam z uśmiechem, po czym dodałam rozbawionym tonem: - A po drugie: jesteś wtedy słodziutki~.
- A co jeśli nie chcę być słodziutki? - wymruczał, zniżając głos i przejeżdżając językiem po swojej dolnej wardze.
- No to nie do mnie pretensje, że dostałeś takiego rodzaju urok osobisty - stwierdziłam bez najmniejszego przejęcia w głosie, na co Tae zmrużył lekko oczy, wpatrując się we mnie ze skupieniem. - A poza tym czy mógłbyś w końcu ze mnie wstać? - zapytałam, kładąc dłonie na klatce piersiowej chłopaka i delikatnie go odpychając. Taehyung uśmiechnął się, podnosząc jeden kącik ust, a następnie chwycił moje nadgarstki i przyszpilił je do piasku nad moją głową.
- Daj mi tydzień. Zakład, że po tych siedmiu dniach stwierdzisz, że jestem seksowny? - wyszeptał wprost do mojego ucha, "przypadkiem" muskając mój policzek ustami.
- Zakład - odpowiedziałam bez najmniejszego zawahania, ponieważ byłam pewna swojej wygranej. Taehyung był zbyt kochany, zbyt słodki i zdecydowanie zbyt taki jak Taehyung, aby nagle pokazać się światu od swojej pociągającej strony.
- Zaczynamy od jutra czy od dzisiaj? - zapytał, zawisając nie więcej niż trzy centymetry nad moją twarzą, uważnie wpatrując się w moje oczy z wyrazem, który sugerował, że jest pewny swojej wygranej w naszym zakładzie. Przepraszam, Tae, ale trochę się przeceniasz.
- Od jutra - osądziłam po chwili namysłu, dochodząc do wniosku, że jednak powinnam mu dać noc na przemyślenie tego zakładu. Moim zdaniem tak było fair.
     Kiedy tylko chłopak usłyszał moją odpowiedź, momentalnie puścił moje nadgarstki i czule musnął moje usta swoimi wargami. Po kilkunastu sekundach podniósł się z piasku, pomagając mi wstać i otrzepać ubranie z pyłu. Następnie objął mnie ramieniem w talii i zaraz po tym jak Tae stwierdził, że odprowadzi mnie do domu, ponieważ robi się ciemno, skierowaliśmy się w stronę mojego miejsca zamieszkania.
      Po drodze chłopak opowiadał mi rozentuzjazmowany o tym, że jego mama ma wykonać na zamówienie kilka tortów urodzinowych i kilkanaście pudełek ciastek ryżowych, dzięki czemu obiecała mu, że dostanie cały kartonik dla siebie. Oczywiście od razu stwierdził, że powinnam go odwiedzić, żeby nie musiał ich jeść sam, ale gdy już miałam się zgodzić, bo jego rodzicielka naprawdę dobrze znała się na swoim fachu, którym było cukiernictwo, przypomniałam sobie, że ojciec miał w tym tygodniu wrócić z Busan.
     Mój tata rzadko przebywał w domu, ale kiedy już pojawiał się, to życzył sobie, abym czas po lekcjach spędzała z nim. Często chodziliśmy wtedy do lodziarni, wesołych miasteczek, wyjeżdżaliśmy na króciutkie wypady nad morze lub po prostu spacerowaliśmy po parku z pieskiem, którego niedawno dostałam od Taehyunga na urodziny.
       Chłopak od razu posmutniał, gdy się nie zgodziłam, ale po rzuceniu zdania, że mój ojciec wraca (Tae tak trochę się go boi od momentu, kiedy ten niespodziewanie wrócił i przyłapał go na wyjadaniu zawartości naszej lodówki) i po cmoknięciu go w policzek, natychmiast pokiwał głową z uznaniem, że wszystko rozumie.
- W takim razie przyniosę ci kilka do szkoły - obiecał, uśmiechając się i z prędkością karabinu maszynowego zmienił temat. Ponownie odzyskał dobry humor, opowiadając mi o tym, że dzisiaj przychodzi do niego na noc jego najlepszy przyjaciel, Jungkook, i będą grać w gry do rana. Życzyłam im dobrej zabawy, ponieważ mimo tego, że nie podobało mi się to ich siedzenie przed konsolą Taehyunga do wschodu Słońca, to mimo wszystko wierzyłam, że Kookie zaśnie około godziny pierwszej lub drugiej w nocy.
     Jungkook był najlepszym przyjacielem Taehyunga, odkąd Kook przeniósł się z Busan i wylądował w pierwszej klasie gimnazjum do jednej ławki z moim chłopakiem. Tae bardzo szybko przywiązuje się do ludzi, więc po poznaniu bliżej czarnowłosego w błyskawicznym tempie, zaprzyjaźnili się ze sobą. Przez całe trzy lata uczęszczania do gimnazjum siedzieli zawsze w jednej ławce, a kiedy nadszedł czas zdecydowania do jakiego liceum chcą pójść, oboje wybrali to samo.
     Kiedy byliśmy niecały kilometr od domu, czarne auto przejechało obok nas z ogromną prędkością, ale nim zniknęło za zakrętem, minęło latarnię, która na chwilę rozświetliła rejestrację samochodu.
- Tata! - rzuciłam z radością w głosie i niemal zerwałam się do biegu, żeby już się z nim zobaczyć. Taehyung dogonił mnie, tylko po to, żeby życzyć mi miłych snów i widząc, że chcę jak najszybciej dostać się do domu, cmoknął mnie w policzek, po czym skierował się w stronę swojego domu.
     Po minięciu zakrętu puściłam się naprzód biegiem i kiedy tylko wbiegłam na teren posiadłości, przytuliłam się do mężczyzny, który zamykał właśnie drzwi samochodu na klucz.
- Emm... Eva? Dziękuję za miłe powitanie, ale raczej wątpię, że to do mnie chciałaś się przytulić. - roześmiał się Woobin, dwudziestosześcioletni doradca finansowy ojca, którego ten zatrudnił już dość dawno z powodu dobrej znajomości z rodzicami młodzieńca.
- Co tu robisz? - zdziwiłam się, odsuwając od chłopaka, który natychmiast poprawił marynarkę, chociaż nie ucierpiała ani trochę podczas tego uścisku.
- W sumie też byłem zaskoczony, że twój ojciec kazał mi z wami przyjechać. Podejrzewam, że będzie miał tu jakieś ważne spotkanie, a nie chce iść na nie sam - stwierdził Woobin i pociągnął za klamkę samochodu, aby sprawdzić, czy na pewno go zamknął.
- Czy pozwolisz, że... - zaczęłam, widząc, że chłopak ma jeszcze zamiar coś mówić.
- Hmm? A jasne. - Pokiwał głową, zdając sobie sprawę, że chodzi mi o to, aby jak najszybciej spotkać się z ojcem.
     Oparł się o samochód, wyciągając z kieszeni telefon, ale nie interesowałam się już dłużej tym, co ma zamiar zrobić i czym prędzej wbiegłam do domu. W pośpiechu zdjęłam buty i weszłam do salonu, gdzie mój ojciec właśnie rozmawiał z kimś przez watch phone'a. Westchnęłam cicho, czekając, aż skończy rozmowę i oparłam się o framugę drzwi.
- Wiem, że ten projekt jest bardzo kosztowny, ale nie mogę przyjechać, ponieważ... - usłyszałam zdenerwowany głos ojca, a jako, że nie chciałam podsłuchiwać, natychmiast skierowałam się do kuchni i usiadłam przy stole, podkradając sobie winogrono z miski.
- Nie mogę! - Zdeterminowany krzyk ojca dotarł do kuchni w momencie, kiedy do pomieszczenia wszedł Woobin. Bezgłośnie zapytałam go o co chodzi, ale on tylko wzruszył ramionami i natychmiast otworzył szafkę ze słodyczami, otwierając sobie batonika. Wyciągnęłam dłoń w jego kierunku, więc mi też podał jednego.
- Nie ma mowy. Nie obchodzi mnie, że będę musiał zapłacić za każdy dzień opóźnienia - powiedział tata, najwidoczniej starając się uspokoić i wszedł do kuchni. Pomachał mi dłonią i przywołał do siebie Woobina. Napisał mu coś na karteczce i podał ją chłopakowi, na co ten od razu zmarszczył brwi i zabrał długopis leżący na stole, odpisując. Mój ojciec spojrzał na niego przenikliwie i mimo, że automatycznie posmutniał, skinął ciężko głową na znak, że młodszy ma rację.
- Dobrze. Jutro rano będziemy. Do widzenia. - Rozłączył się i opadł na krzesło przy stole, po to by zaraz od niego wstać i mnie przytulić. - Wiesz, jak bardzo za tobą tęskniłem? - westchnął, nadal trzymając mnie w swoich objęciach.
- Wiem, ja też. Musisz jechać? - zapytałam z żalem, że prawdopodobnie znowu zobaczę go za jakieś trzy miesiące. Od razu po usłyszeniu tego pytania Woobin pokiwał gwałtownie głową.
- Musi - wtrącił się, a kiedy napotkał spojrzenie taty mówiące "Radziłbym milczeć.", natychmiast wrócił do wyjadania zawartości naszej szafki ze słodyczami.
- Muszę jechać, bo na opóźnieniu rozpoczęcia projektu o ten tydzień bym zbankrutował - westchnął tata, głaszcząc mnie uspokajająco po włosach.
- Yhym - mruknęłam niewyraźnie. - To o której musisz wyjechać, żeby zdążyć? - zapytałam, podejrzewając, że spędzę z nim tylko z pół godziny.
- Teraz. I tak się spóźnię o co najmniej godzinę, chyba, że autostrada będzie całkowicie pusta. - Tata odsunął się ode mnie i poczochrał mnie po włosach. - Jak tylko skończymy ten projekt, przyjadę tu i zostanę na co najmniej pół roku.
- Obiecujesz? - Ożywiłam się, ponieważ od czasu naszego przyjazdu do Korei Południowej zostawał w domu maksymalnie na siedem dni, a potem nie było go z piętnaście razy dłużej.
- Ymmm... Jeśli mogę się wtrącić, to chciałbym powiedzieć, że zostanie na tak długo jest niemo... - zaczął Woobin, na co ojciec zgromił go wręcz nienawistnym spojrzeniem, a chłopak z wrócił do jedzenia kolejnego batona z jeszcze większym zainteresowaniem, niż robił to dotychczas.
- Obiecuję. - Uśmiechnął się do mnie tata i chociaż cała nasza trójka zebrana w kuchni wiedziała, że skłamał, potrafiłam mu to wybaczyć. - Woobin, zostaniesz tu tydzień - rzucił w kierunku młodzieńca, kiedy wyswobodziłam się z jego uścisku. Chłopak zakrztusił się na te słowa.
- C-co? - zapytał wreszcie chociaż ze łzami w oczach po wcześniejszym kaszleniu - Dlaczego?
- Ponieważ ktoś musi mnie reprezentować na tym spotkaniu w środę, bo jak widzisz, ja sam na nim być nie mogę - powiedział tata, wychodząc do salonu i zgarniając z oparcia kanapy swoją marynarkę.
- Dobrze - westchnął Woobin, wyciągając z kieszeni kluczyki do swojego samochodu i podając je mojemu ojcu. Tata wszedł do swojego gabinetu i szybko z niego wyszedł, rzucając w stronę swojego doradcy inne klucze.
- Twój samochód został w garażu w Chinach, więc na czas kiedy mnie nie będzie, możesz używać mojego, a potem przyślę kogoś, żeby cię przywiózł - stwierdził, przyciągając mnie do siebie w kolejnym uścisku.
- Naprawdę mogę go używać? - zdziwił się Woobin, wpatrując się z niedowierzaniem w kluczyki trzymane w dłoni.
- Naprawdę. Tylko mi go... - zaczął, lecz przerwał, kiedy chłopak rzucił się w naszą stronę, zamykając nas w uścisku.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję! - piszczał, aż trochę się uspokoił i odsunął, przybierając minę profesjonalisty. - Pańskiemu pojazdowi nic nie grozi - stwierdził, kładąc dłoń na sercu, na co oboje z ojcem parsknęliśmy śmiechem.
- Pa, księżniczko - powiedział tata, całując mnie w czoło i wyszedł z domu, kierując się w stronę samochodu. Stanęłam przy oknie w salonie i patrzyłam smutno, jak odjeżdża, do momentu kiedy jego służbowe auto zniknęło za zakrętem.
- Mamy wolną chatę! - krzyknął Woobin, nadal bawiąc się kluczykami.
- Zawsze jest wolna... - westchnęłam, wchodząc po schodach i ignorując chłopaka, któremu najwidoczniej zrobiło się głupio przez swój nietaktowny komentarz.

***
     Do szkoły odwiózł mnie Woobin samochodem ojca, co wzbudziło zainteresowanie nie tylko wśród męskiej części uczniów z powodu tak drogiego auta, lecz również wśród dziewczyn, które natychmiast zaczęły wzdychać do dwudziestosześciolatka, kiedy tylko odjechał z parkingu.
- Eva, Eva! Kto to był? - zapytała Dahyun, podbiegając do mnie razem ze swoją przyjaciółką.
- Emmm... Kolega - odpowiedziałam, aby nie musieć się im tłumaczyć z jakiego powodu mojego ojca stać na tak drogi samochód, ani po co jest mu potrzebny doradca finansowy.
- Ale ty masz Taehyunga - jęknęła Chaeyoung, mierzwiąc swoje krótkie włosy. - Nie wystarczy ci jeden?
- Taehyung to mój chłopak. Woobin to kolega. Widzicie różnicę? - zapytałam, idąc w kierunku wejścia do szkoły, nadal będąc obleganą przez gromadkę koleżanek. Nagle usłyszałam za sobą szyderczy śmiech, więc czym prędzej obróciłam się w tamtą stronę.
- Kolega? A czy Taehyung wie o tym twoim "koledze"? - spytała Joohyun, szczerząc się do swojej watahy w triumfalnym wyrazie.
- Wie. Dlaczego miałby nie wiedzieć? - odpowiedziałam z udawanym zdziwieniem w głosie. Tak szczerze, to nie wiedział, bo Woobin bardzo rzadko bywał w Korei Południowej i w ogóle nie było okazji o nim wspomnieć. Poza tym czy Taehyunga interesowałoby to, jak się nazywa i jak wygląda doradca finansowy mojego ojca?
- Tak? To może zapytamy go o to, kiedy tylko przyjdzie do szkoły? - zapytała Joohyun, jakby wyczytała moje myśli. Zmusiłam się do pewnego siebie uśmiechu.
- Nie ma sprawy - rzuciłam jak gdyby nigdy nic i razem z Dahyun i Chaeyoung usiadłam na schodach prowadzących do szkoły, czekając, aż Taehyung przyjdzie.
     Rano kiedy wstałam, byłam zdziwiona, ponieważ zawsze wysyłał mi wiadomość, w której życzył mi miłego dnia i pisał, że będzie czekał na mnie na dziedzińcu. O dziwo, chyba pierwszy raz w tym roku szkolnym, nie było go i to ja na niego czekałam. Kiedy zabrzmiał dzwonek, zaniepokoiłam się i zadzwoniłam do niego, ale miał wyłączony telefon, więc mając nadzieję, że po prostu zaspał, weszłam do sali tuż przed tym, jak nauczycielka matematyki zamknęła drzwi. Wyciągnęłam książki z plecaka i przepisałam z tablicy temat, który napisała na nim pani Im. Nauczycielce spadła kreda i kiedy ją podnosiła, wszyscy w jednym momencie zwrócili się w stronę okien, ponieważ dochodził zza nich dźwięk motoru.
- Kto to? - Natychmiast ożywili się wszyscy chłopcy w sali i pani Im była zmuszona uciszyć klasę, bo powszechny gwar stał się zbyt głośny, żeby mogła prowadzić lekcję.
- Yamaha YZF R6? - zapytał Hyunwoo ze zdziwieniem w głosie, a kiedy Hoseok to potwierdził, dodał. - Kogo na nią stać? Jest cholernie droga i... - przerwał, gdy nauczycielka obróciła się w jego kierunku, zaraz po usłyszeniu przekleństwa. - Przepraszam.
- Pewnie jakiś kolejny "kolega" Evy - powiedziała szyderczo Joohyun w momencie, gdy cała klasa umilkła. Wszyscy zwrócili się w moim kierunku.
- Kto to? - zapytali chłopcy jak jeden mąż, ale widząc moje wzruszenie ramion, ponownie spojrzeli w stronę okna, za którym motocyklista zajął na parkingu miejsce pod drzewami i zdjął kask, kładąc go na pojeździe. Wyjął kluczyki ze stacyjki i pochylając głowę, tak, że nie dało się rozpoznać, kim jest, skierował się w kierunku szkoły. W klasie  ponownie rozległy się szepty, więc pani Im uderzyła dziennikiem w pulpit biurka, sprawiając, że wszyscy niemal podskoczyli.
- Jest lekcja - powiedziała, siląc się na spokojny ton głos, po czym obróciła się w kierunku tablicy, zapisując na nim jakieś działanie, które przepisałam do zeszytu i bez problemu rozwiązałam, nim jeszcze wytłumaczyła nam, jak się to robi.
      Nagle drzwi klasy otworzyły się, na co wszyscy - łącznie z panią Im - obrócili się w ich stronę. Mimowolnie zamarłam w miejscu, lustrując od stóp do głów postać, która pojawiła się w przejściu i właśnie zmierzała w kierunku swojej ławki. Postawione, czarne włosy. Jeansy idealnie podkreślające długie nogi ich właściciela, celowo poprzecierane na kolanach. Czerwono-czarna, rozpięta koszula w kratę odsłaniająca czarny tank top, opinający mięśnie brzucha chłopaka. Czerwone trampki, srebrny kolczyk z boku dolnej wargi i bransoletka-łańcuch na szczupłym nadgarstku. Nie. Przecież to nie mógł być...
- Taehyung? - pisnęła Joohyun głosem, jakby nie mogła złapać powietrza, na co chłopak obrócił się do niej przez ramię i uśmiechnął się, unosząc kącik ust. Rozsiadł się na swoim stałym miejscu przy oknie i rzucił plecak pod ławkę.
- Kim Taehyung? Co ma znaczyć to spóźnienie i Twój wygląd? - zdziwiła się pani Im, przerywając pisanie na tablicy.
- Jakie zachowanie? - powiedział jakby z pogardą Tae, mierzwiąc włosy palcami. Czarne włosy. Czarne. Gdzie się podziała jego śliczna, rudawa grzywka?
- Porozmawiamy o tym po lekcji - stwierdziła nauczycielka, po tym jak zmierzyła go uważnym, ale zarazem zainteresowanym spojrzeniem.
     Rozwiązałam zadania, które podała na tablicy w ekspresowym czasie, więc oparłam policzek o ramię i zlustrowałam uważniej twarz Taehyunga, który ze znudzeniem patrzył gdzieś za okno. Co mu się stało? I co to za kolczyk? I dlaczego przefarbował włosy? Skąd on w ogóle ma takie ubrania? I gdzie on ukradł ten motor? Przez głowę przepływała mi masa pytań związanych z jego wyglądem i zachowaniem, jednak kiedy przeniósł na mnie wzrok, wszystkie jakby wyparowały. Wlepił we mnie spojrzenie, od którego mimowolnie zamarłam i przejechał język po dolnej wardze oraz kolczyku, co wyglądało tak sek... Zakład. A więc to o to chodziło...
     Taehyung widząc moją zdziwioną minę, uniósł do góry jedną brew i przechylił w bok głowę, jakby chciał zapytać, czy już wygrał. Udałam, że parskam śmiechem i zrobiłam wyraz twarzy niczym ze słynnego mema "Bitch, please", na co uśmiechnął się kątem ust, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że lubi wyzwania. Obróciłam od niego głowę w momencie, kiedy nauczycielka obróciła się w stronę klasy i zapytała, kto zna rozwiązanie zadania. Podniosłam rękę do góry i podeszłam do tablicy.
     Oj, Tae, jeszcze zobaczymy, kto wygra ten zakład...

     Na przerwie widziałam Taehyunga tylko przez chwilę, kiedy razem z panią Im kierował się w stronę pokoju nauczycielskiego. Parę minut po tym podszedł do mnie Jungkook, pytając, czy widziałam dzisiaj mojego chłopaka. Automatycznie w głowie zapaliło mi się czerwone światełko, mówiące, że coś jest nie tak.
- No widziałam - rzuciłam obojętnie, na co ten przez chwilę zmarszczył brwi, ale uśmiechnął się jak gdyby nigdy nic.
- Kto to ten Woobin? - zapytał, zmieniając temat i usiadł przy mnie na parapecie, machając nogami, na których miał trapery (czasami się zastanawiam, czy on się w nich urodził, czy po prostu nie ma innych butów, bo go nie stać) jak mała dziewczynka.
- Co? Skąd o nim wiesz? - zdziwiłam się, podnosząc na niego wzrok. Wyjął z kieszonki telefon i pokazał mi SMSy od Joohyun, z których pierwszy głosił, że "Ponoć Evę pociągają bogaci chłopcy. Pewnie dlatego ostatnio ciągle ją widuję z Woobinem.", a kolejny, iż to pomyłka. - Ale suka... - powiedziałam z niedowierzaniem, wpatrując się w ekran telefonu.
- No może byłbym gotowy uznać, że to pomyłka, gdyby Tae nie dostał identycznych SMSów. Przypadek? Nie sądzę. No więc kim on jest? Taehyung też był tego ciekawy - stwierdził, chowając swój telefon do kieszeni spodni i spojrzał na mnie wyczekująco.
- Pracownik taty - odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
- Taaa, jasne. I dlatego wozi cię do szkoły? - zapytał Jungkook, podnosząc jedną brew do góry.
- Skoro mój ojciec mu kazał to zrobić, to to zrobił. Gdzie ty tu widzisz jakiś problem? - zdziwiłam się.
- Ja? Ja nie widzę żadnego. Ale miałem wrażenie, że Taehyung jakiś dostrzega - rzucił, zeskakując z parapetu, kiedy drzwi do pokoju nauczycielskiego się otworzyły i wyszedł z nich jego najlepszy przyjaciel. Jungkook zawołał mojego chłopaka, na co ten obrócił się i podszedł do nas niespiesznym krokiem, poprawiając włosy.
- Cześć - powiedziałam normalnie, jakby przede mną stał Taehyung z wczoraj, a nie jego "ulepszona" wersja.
- Yhym... - mruknął, opierając łokieć na parapecie i utkwił wzrok w korytarz przed sobą. Widząc jak z pokoju nauczycielskiego wychodzi pani dyrektor, zdziwiłam się, bo spojrzała centralnie na Taehyunga, a zignorowała jego wygląd i poszła dalej przed siebie. Zmarszczyłam brwi, odprowadzając ją wzrokiem. Widząc przefarbowanych uczniów zawsze podchodziła do nich i kazała im pójść ze sobą na rozmowę z wychowawcą. Ostatnio odpuściła już Taehyungowi rude włosy, bo prawie się rozpłakał, kiedy powiedziała mu, że ma wrócić do naturalnego koloru, ale zignorowanie piercingu jeszcze się jej nie zdarzyło. Wracając spojrzeniem na swoje buty, zauważyłam, jak Jungkook daje jakiś sygnał mojemu chłopakowi, na co ten podciągnął się na parapet obok mnie.
- Nie skomentujesz jakkolwiek mojego wyglądu? - zapytał niby obojętnym tonem, ale od razu mogłam stwierdzić, że to tylko gra, ponieważ najprawdopodobniej bardzo mu zależało na mojej opinii. W końcu chciał wygrać zakład.
- Musi ci być niewygodnie jeść z tym kolczykiem - stwierdziłam obojętnie, kątem oka obserwując zdezorientowaną minę Taehyunga, który patrzył na Kookiego, jakby oczekiwał wskazówki, co ma teraz zrobić.
- No w sumie to... - zaczął normalnym tonem, ale widząc, krótkie wstrząśnięcie głową przez Jungkooka - było tak "dyskretne", że wszyscy w okolicy spojrzeli na niego z nic nierozumiejącymi minami - natychmiast zmienił barwę głosu. - Mnie nie przeszkadza. A tobie?
- A niby w czym miałby mi przeszkadzać twój kolczyk? - zdziwiłam się, a po chwili otrzymałam odpowiedź w postaci krótkiego pocałunku, który był bardzo... metaliczny.
- Na przykład w tym - stwierdził, opierając dłoń na parapecie obok mojej nogi i nachylił się w moją stronę.
- Nie no, spoko. I tak nigdy nie umiałeś dobrze całować - rzuciłam w momencie, kiedy zadzwonił dzwonek, zeskoczyłam z parapetu, idąc pod salę biologiczną, aby zdążyć na lekcję, na której Taehyung i Jungkook się nie pojawili.

     Na pozostałych przerwach chłopcy również nie dali o sobie znaku życia, o lekcjach już nie wspominając. Jedyne zajęcia, na których się pojawili, były zarazem ostatnimi tego dnia, a mianowicie - wychowanie fizyczne. Podczas kiedy razem z innymi dziewczynami grałam w siatkówkę, chłopcy zaczęli grać w koszykówkę na drugiej połowie hali gimnastycznej. Właśnie serwowałam piłkę na walkę o decydujący punkt, kiedy Dahyun grająca w przeciwnej drużynie, uderzyła łokciem stojącą obok niej Nayeon i wskazała jej palcem na coś na połowie należącej do chłopaków. Wszystkie dziewczyny z jej drużyny powędrowały spojrzeniami w tamtym kierunku, co wykorzystałam jako odpowiedni moment i to my wygrałyśmy grę. Trener ogłosił gwizdnięciem koniec meczu i stwierdził, że możemy iść do szatni, bo i tak zostało już tylko pięć minut do końca. Przeszłam pod siatką, kierując się w stronę wyjścia, kiedy podbiegła do mnie Dahyun z uśmiechem od ucha do ucha.
- Czemu się szczerzysz? To my wygrałyśmy - zdziwiłam się, odbierając jej piłkę, którą trzymała w dłoniach, chyba nawet nie wiedząc o tym, że to robi.
- Taehyung - rzuciła, na co natychmiast obróciłam się w tamtą stronę i po chwili już wiedziałam, co wywołało takie zainteresowanie wśród moich koleżanek z klasy (i Joohyun).
     Czy mokry chłopak bez koszulki, w dodatku posiadający niezły ABS, zdobywający punkt za punktem, nie potrafiłby przyciągnąć wzroku każdej dziewczyny? Potrafiłby. Zorientowałam się, że stoję z otwartą buzią w momencie, kiedy zerknął w moją stronę, a jego twarz rozjaśnił triumfalny uśmiech. Szybko się odwróciłam i opuściłam halę, gdy zabrzmiał gwizdek trenera chłopaków i ci również wyszli z sali. Skierowałam się w stronę szatni dla dziewczyn, ale nagle mój nadgarstek znalazł się w silnym uścisku i zostałam przyparta do ściany przez Taehyunga, który wpił się w moje usta tak gwałtownie, że zaczęłam się bać, iż przebije mi wargi tym kolczykiem. Odsunął się w momencie, kiedy żadne z nas nie mogło złapać oddechu i oparł czoło o moje.
- No więc czy po dzisiejszym dniu jesteś w stanie stwierdzić, że jestem seksowny? - wymruczał, zagryzając dolną wargę.
- Jestem - odpowiedziałam niechętnie, podnosząc na niego wzrok.
- No to zadam ci to pytanie też... Ej, co? - zdziwił się, odsuwając ode mnie.
- Jesteś seksowny - powtórzyłam, na co ten skrzywił się niezadowolony.
- Ej, no ale ja przygotowałem sobie takie zajebiste ubrania na cały tydzień - jęknął, opierając czoło o ścianę obok mnie. - Wiesz ile ja pieniędzy zmarnowałem? Mama mnie zabije... To miał być tylko tydzień. Serio nie mogłaś mi tego powiedzieć po tych siedmiu dniach? - załkał, na co zdziwiona obróciłam się w jego stronę.
- Czekaj, czyli, że chciałeś wygrać ten zakład, czy nie? - zapytałam, na co szybko się odsunął się od ściany.
- Nie, nie, chciałem. Wygrałem zakład. - Wyszczerzył zęby, zdejmując kolczyk z wargi. - Nawet nie wiesz, jakie to cholerstwo jest wkurzające. To teraz żądam wyjaśnienia, kim jest ten Woobin.

***
     Kolejny dzień również rozpoczął się lekcją matematyki i tym razem spokoju nie zakłócił żaden parkujący motor. Jednak mimo to w środku zajęć otworzyły się drzwi i do klasy wpadł zaspany Tae, powodując zdziwienie pani Im.
- Taehyung? A nie miałeś przypadkiem uczestniczyć w jakiś zakładzie? - zdziwiła się nauczycielka, widząc chłopaka w obowiązkowym mundurku zasiadającego na swoim stałym miejscu przy oknie.
- Miałem, ale wygrałem go po jednym dniu. - Wyszczerzył zęby w kwadratowym uśmiechu i odgarnął z czoła rudą grzywkę, zerkając na mnie kątem oka.
- W takim razie muszę ci wpisać punkty ujemne za spóźnienie, bo nasza umowa trwała tylko podczas tego zakładu - stwierdziła pani Im, siadając przy biurku i otworzyła dziennik uwag, na co w klasie rozległy się śmiechy.
- Ale proszę pani~!

Hejka :)
Tak. Żyję. Tak. Mam się dobrze. Tak. Zawaliłam na całej linii. Tak. Przepraszam. Tak. Na wakacjach posty będą dużo częściej. Poza tym planuję na wakacjach pisać, pisać i pisać, tak, żeby potem w roku szkolnych publikować dość na bieżąco posty. No więc mam nadzieję, że się uda. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy nadal tu wpadają mimo, że posty nie pojawiają się zbyt często.
No więc moje cele na wakacje to: 30 k wyświetleń, 20 obserwatorów i 350 komentarzy. Damy radę? Jeśli nie to trudno, nadrobimy w roku szkolnym ;)
Mam nadzieję, że spodoba się zarówno zamawiającej jak i Wam
Zapraszam do pisania komentarzy
Taeyeon

niedziela, 18 października 2015

I don't want you to suffer when I'm gone

Hejka :)
Zacznę od tego, że bardzo, bardzo, bardzo (...) przepraszam Was za tak długą nieobecność na tym blogu. W ciągu tych trzech tygodni przekonałam się, że szkoła to zło. Jednak powracam do Was ze zdwojoną siłą. Wena jest, pomysłów ogrom, motywacja jakaś tam jest xD Czasu też powinnam mieć już więcej :) Początki są najgorsze.
No więc teraz druga sprawa: Ten one shot był totalnie nieplanowany. Serio. Nie mam bladego pojęcia dlaczego akurat wpadło mi to do głowy, ale tak mniej więcej w południe wyobraziłam sobie taką historię i musiałam to napisać na już. Planowo to powinnam była dzisiaj skończyć pisać pierwszy rozdział scenariusza z Baekhyunem, a zamiast tego po tak długiej nieobecności wracam do Was z opowiadaniem z Luhanem (który zapewne będzie tak krótki, że nawet nie da się go nazwać opowiadaniem). Natomiast tytuł jest bardzo długi: "I don't want you to suffer when I'm gone"/"Nie chcę, żebyś cierpiał gdy odejdę". A więc...
( Jeju, jak dawno tego nie pisałam)
Miłego czytania :)  

"Nie chcę, żebyś cierpiał gdy odejdę"

Podałem ci kolejną łyżeczkę okropnie wyglądającego lekarstwa, które uprzednio zrobiłem wsypując białawy proszek do gorącej wody i mieszając. Musiałem przyznać, że żadne lekarstwo, które kiedykolwiek miałem w ustach nie pachniało aż tak chemicznie. Widząc jednak jak piłaś je bez żadnej negatywnej reakcji, w dodatku z leciutkim uśmiechem na twarzy spróbowałem jak smakuje. I musiałem przyznać, że o ile zapach był tak okropny, że zatkany nos był koniecznością to smak był jeszcze gorszy. Zwykle przygotowywałem je zaledwie dwie minuty, jednak od tego dnia gdy poczułem smak nierozpuszczonego proszku, który sprawiał, ze dostałem odruchu wymiotnego poświęcałem trzy razy więcej czasu na dokładne wymieszanie.
Łyżka prawie dotykała twoich ust kiedy zatrzymałem rękę. Miałem odwieczny problem z tym, ze drżały mi dłonie, a nie chciałbym poparzyć twoich warg. Przysunęłaś usta i połknęłaś zawartość łyżki bez najmniejszego wzdrygnięcia się, po czym nie podnosząc na mnie wzroku uśmiechnęłaś się pod nosem. Zanurzyłem łyżkę w odpychającym płynie i kolejny raz przysunąłem ją prawie przytykając do twoich ust. Jednak gdy chciałaś wypić zawartość odsunąłem lekarstwo jak najdalej od ciebie. Przy okazji kilka kropel skapnęło mi na spodnie. Nie przejmowałem się tym zbytnio.
- Co się stało? - zapytałaś z nutką zaskoczenia w głosie i podniosłaś na mnie wzrok. Uśmiechnęłaś się do mnie zachęcająco otwierając przy tym usta. Nie mogłem żyć z tym, że codziennie trułem cię tyloma chemikaliami. To okropne patrzeć jak musiałaś cierpieć przez chorobę.
Podziwiałem cię. Byłaś tak cholernie silna. Wiedziałaś, że jesteś nieuleczalnie chora...
Że wkrótce odejdziesz...
Mimo to ciągle się uśmiechałaś. Czy to twoja forma pokazania chorobie, że nie ma nad tobą władzy? Że i tak pozostaniesz dawną sobą? Nigdy nie widziałem, żebyś płakała na myśl lub wzmiankę o swojej śmierci. Wiedziałaś, że nic już ci nie pomoże. Mimo to lekarze przepisywali ci każde lekarstwo, które mogło pomóc. Mieli nadzieję, więc ja także ją miałem. W dodatku stan twojego zdrowia się nie pogarszał. Wierzyłem. Całym sercem wierzyłem, że wyzdrowiejesz.
Musiałaś wyzdrowieć.
- Nic, kochanie. - odpowiedziałem cmokając cię w nos i podając ci ostatnią łyżeczkę z lekarstwem. Gdy przełknęłaś ją pogładziłaś mój policzek swoją wychudzoną do granic możliwości dłonią.
Na początku choroby nawet nie wiedziałaś, że ją masz. Jednak kilka miesięcy temu przestałaś normalnie jeść. Przy każdym posiłku widziałem, że zmuszałaś się do tego jedynie gdy widziałaś, że patrzyłem na ciebie wzrokiem jakbym miał się zaraz rozpłakać. Wówczas brałaś kilka kęsów i uśmiechałaś się do mnie promieniście mówiąc, że gotowałem ci przepyszne posiłki. "Przepyszne posiłki"? Takich nie jadałaś od zmiany trybu swojej choroby z "umiarkowanej" na "śmiertelną". Przez to sam mało jadłem. Nie mógłbym sobie wybaczyć rozkoszowania się pysznymi daniami podczas gdy ty musiałaś jeść tak ohydne posiłki rezygnując ze swoich ulubionych potraw. Skutkiem tego byłaś okropnie wychudzona z powodu choroby, a ja z powodu anoreksji, w którą nie dawno wpadłem. Czasami w duchu zadawałem sobie pytanie. Dlaczego to właśnie ja? Dlaczego nie mogłem pokochać zdrowej osoby? Nie. Musiałem przyznać, że szczerze to nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Pytanie, które wciąż krążyło po mojej głowie brzmiało inaczej. Dlaczego to ciebie spotkał tak okrutny los? Czemu nie przejmowałaś się tym mówiąc, że jesteś skazana na śmierć? Wtedy łzy napływały mi do oczu i musiałem wyjść się przewietrzyć. Zawsze robiłem to z obawą, że gdy wrócę będziesz martwa.
Tak trudno jest być zawsze silnym...
Przyłożyłem palce do twojej dłoni, nadal delikatnie muskającej mój policzek, czując samą skórę i kości. Pochyliłem się składając delikatny pocałunek na twoich wargach. Odpowiedziałaś mi tym samym jednak nie tak ochoczo jak kiedyś. Wiedziałem dlaczego. Chodziło o to, żebym nie cierpiał gdybyś odeszła, prawda? Naprawdę sądziłaś, że mógłbym o tobie zapomnieć? Nawet nie wiesz jak bardzo się myliłaś. Gdy oderwaliśmy się od siebie przytuliłem twoje kruche ciało w swoich wychudzonych, ale mimo to silnych ramionach i schowałem twarz w twoich jedwabiście miękkich włosach. Dlaczego nie mogliśmy cofnąć czasu? Wrócić do tych wszystkich chwil, które spędzaliśmy razem przed twoją chorobą? Czemu świat był tak okrutny? Dlaczego chciał mi cię odebrać?
Chwilę rozkoszowaliśmy się swoją bliskością. Według mnie ta chwila trwała zbyt krótko.
- Kocham cię, Lu. - szepnęłaś całując mnie w policzek po czym podniosłaś się z kanapy. Zawsze zastanawiało mnie to dlaczego pozwalałaś mi podawać sobie tylko to jedno lekarstwo, a drugie piłaś na osobności. Gdy trzymałaś kubek owijając wokół niego swoje zbyt zgrabne palce i czekałaś na moją odpowiedź mój wzrok wędrował od naczynia do twojej twarzy.
- Też cię kocham. - odpowiedziałem posyłając ci buziaka. Uśmiechnęłaś się do mnie odwracając się na pięcie i odchodząc w stronę łazienki. Musiałem sprawdzić dlaczego nigdy nie piłaś tego lekarstwa przy mnie? Zastanawiało mnie czy tylko udawałaś, że je pijesz. Powoli wstałem z kanapy podążając twoim śladem. Drzwi do łazienki były na tyle uchylone, żebym cię widział sam nie będąc zauważonym.
Stałaś przed umywalką wbijając paznokcie w jej krawędź do tego stopnia, że aż zbielały ci knykcie. Podniosłaś dotychczas opuszczoną głowę wpatrując się zawzięcie w odbicie w lustrze zamontowanym zaraz przy szafce wiszącej nad kranem. Zacisnęłaś paznokcie jeszcze mocnej. Dopiero wtedy zauważyłem, że łzy niekontrolowanie spływają po twoich policzkach. Mimo to nie otarłaś ich. Cichy jęk wydobył się z twoich ust. Przypomniałaś sobie jak wyglądałaś dawniej? To prawda, że dawniej byłaś szczupła, a teraz twoja skóra wyglądała jakby przykleiła się do kości. To prawda, że okropnie się zmieniłaś jednak dla mnie nadal byłaś taka jak dawniej. Sądziłaś, że kocham cię tylko ze względu na wygląd? Myliłaś się. Kocham cię za to, że jesteś. Dla mnie zawsze będziesz piękna.
- Nienawidzę cię. - szepnęłaś w stronę swojego odbicia w lustrze. - Musisz zginąć.
Odkręciłaś kurek z ciepłą wodą i umyłaś dłonie podnosząc je na wysokość umywalki. Z niedowierzaniem patrzyłem na liczne rany na nich.
Dlaczego?
Jak mogłaś je przede mną ukrywać? Zastanawiało mnie w jaki sposób tak liczne rany znalazły się na twoich dłoniach. Po chwili znałem już odpowiedź. Na moich oczach wbiłaś paznokcie po zewnętrznej stronie dłoni i zagryzłaś wargi, z których już po kilku sekundach malutkimi kropelkami spływała krew. Widząc jak się kaleczysz miałem ochotę podbiec do ciebie i zrobić cokolwiek, żebyś przestała. To był mój obowiązek. Ale nie zrobiłem tego. Czemu? Sam nie wiem. Nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Patrzyłem jak zahipnotyzowany w krew, której pozwoliłaś spływać po swojej szyi. Przeniosłaś cały ciężar ciała na swoją lewą dłoń opierając się o umywalkę i wbiłaś paznokcie jeszcze głębiej. Przymknąłem oczy nie mogąc dłużej na to patrzeć. Dlaczego nie podbiegłem do ciebie? Czemu nie krzyknąłem, żebyś przerwała? Mimo tego, że te pytania wymagały dłuższego zastanowienia po chwili zrozumiałem, że to był twój sposób na radzenie sobie z cierpieniem. Słyszałem o wielu osobach, które tną się próbując sprawić, że ból psychiczny zniknie zastąpiony bólem fizycznym. Jedynym czego nigdy bym się po tobie nie spodziewał było to, że do nich dołączysz. Po chwili zmniejszyłaś siłę nacisku paznokci na skórę i przestałaś zagryzać wargę. Ponownie odkręciłaś kurek i przemyłaś rany na dłoni ciepłą wodą. Cicho syknęłaś gdy rany zalał strumień cieczy.
- Kolejny dzień. - szepnęłaś tak cicho, że musiałem naprawdę się wysilić, żeby usłyszeć słowa, które wypowiedziałaś. Nie byłem pewien czy akurat to powiedziałaś. Po chwili sięgnęłaś dłonią w stronę tylnej kieszeni jeansów, które kiedyś były na ciebie idealne, a teraz o wiele za duże. Nawet z zaledwie odległości niecałych dwóch metrów nie mogłem dostrzec co z niej wyjęłaś. Jednak gdy światło lampy odbiło się od gładkiej, srebrnej powierzchni zrozumiałem, że to żyletka. Zawsze ją przy sobie miałaś? Wyjęłaś ostrze z cienkiego, papierowego opakowania i nad wyraz delikatnie chwyciłaś ją trzema palcami. Podwinęłaś rękaw tak, aby odkrywał lewe przedramię i przybliżyłaś żyletkę do głównych żył. Patrzyłem na to z niedowierzaniem nie mogąc się poruszyć. Wydawało mi się, że przede mną stoi całkowicie obca osoba, której żywot w ogóle mnie nie obchodzi. Ale obchodził mnie! Odetchnąłem z ulgą gdy zauważyłem, że nie cięłaś skóry. Kilka centymetrów w powietrzu nad nadgarstkiem znaczyłaś tor, który musiałaby przebyć żyletka, aby odebrać ci życie. Po chwili wyjęłaś z kieszeni coś jeszcze. Uchyliłem drzwi odrobinę bardziej, żeby przekonać się co to. Bałem się. Tak okropnie się bałem, a jednak nie mogłem się ruszyć. Czułem się jakby sparaliżował mnie strach. Po chwili dostrzegłem, że w dłoniach trzymasz zdjęcie, na którym byliśmy oboje. Zrobiliśmy je naprawdę dawno temu. Nie sądziłem, że jeszcze o nim pamiętałaś. Położyłaś fotografię na szafce stojącej tuż obok umywalki i przyłożyłaś do niej żyletkę tnąc ją jeden jedyny raz. Podniosłaś zdjęcie na wysokość oczu. Dostrzegłem, że moja postać nie była pocięta jednak w poprzek twojej od pasa aż w okolice serca biegły cieniutkie, poziome linie. Z odległości w jakiej staliśmy dostrzegłem ich około pięćdziesiąt. Wkrótce zrozumiałem o co chodzi. "Kolejny dzień"? Każdego dnia gdy cierpiałaś rysowałaś jedną linię na swoim zdjęciu zamiast na nadgarstku? Cierpiałaś ponad pięćdziesiąt dni? Łzy napłynęły mi do oczu kiedy podniosłaś kubek z kolejnym lekarstwem przytykając go do ust. Z bólem serca patrzyłem jak grymas obrzydzenia wykrzywia twoją twarz. Z całej siły zacisnąłem palce na framudze drzwi nie przejmując się tym, że zostawiam rysy w niedawno pomalowanej powierzchni. Gdy lekarstwo było wypite pojedyncza łza spadła na mój wizerunek na naszym wspólnym zdjęciu. Wyciągnęłaś prawą dłoń, którą ciągle trzymałaś żyletkę i chciałaś otrzeć ją jednak zawahałaś się. Najpierw odłożyłaś narzędzie, żeby przypadkiem nie zarysować mojej postaci i dopiero wtedy ją wytarłaś. Miałem ochotę krzyknąć, żebyś się nie przejmowała.
Po tym co przed chwilą zobaczyłem z czystym sercem mogłaś zrobić co najmniej dwadzieścia nacięć na moim zdjęciu.

Nigdy nie sądziłem, że istnieje coś co może trwać wiecznie. Wszystko przemija wraz z czasem. Jednak...
Nasza miłość miała być wieczna.

W pierwszej chwili kiedy cię ujrzałem wydawałaś mi się po prostu rozkapryszoną beksą, która nie dostała tego na czym jej zależało. Przyznam, że widząc jak płaczesz miałem nieprzemożoną chęć wyśmiać cię albo rzucić w twoją stronę jakiś kpiący komentarz. Tak. To prawda. Kiedy byłem mały miałem bardzo wredny charakter. Po chwili przyglądania ci się po prostu usiadłem na huśtawce obok ciebie. Zastanawiałem się dlaczego zaledwie kilkuletnia dziewczynka robi sama na placu zabaw, w dodatku tak strasznie płacząc.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytałem na co pochyliłaś głowę patrząc na swoje buty ubrudzone w piasku i dalej płakałaś. To było naprawdę dziwne. Mimo, że miałem tylko osiem lat nikt mnie nie ignorował. Dlaczego miałbym pozwalać na to jakiejś dziewczynce, której los nie wiedzieć czemu mnie zainteresował? Przyklęknąłem przed tobą nie zważając na piasek i zajrzałem ci w twarz. Podniosłaś na mnie swoje załzawione, wielkie, a mimo to jakże piękne oczy. Ponoć "najpiękniejsze oczy mają ci, którzy najwięcej płaczą." Nie wiem kto to wymyślił, ale nie mylił się.
- Co się stało? - zapytałem patrząc na ciebie z rosnącym zainteresowaniem. Uznałem, że najwidoczniej nie byłaś gotowa odpowiedzieć na to pytanie, więc zadałem inne. - Jak masz na imię?
- ____. - odpowiedziałaś słodkim jak miód, dziecięcym głosikiem, który lekko drżał z powodu płaczu.
- Jestem LuHan, ale możesz na mnie mówić po prostu Lu. - powiedziałem uśmiechając się. Sam nie wiedziałem czemu się tak zachowywałem. Dlaczego zależało mi na tym, żebyś opowiedziała mi o co chodzi? Żebyś przestała płakać?
- Ale my się nie znamy. - pisnęłaś, jak na tak małą dziewczynkę wyjątkowo mądrze i przez chwilę łzy przestały spływać ci z policzków.
- Mama zabroniła ci rozmawiać z nieznajomymi, hmm? - zapytałem domyślnie przyglądając się temu jak powoli się uspokajasz. Nagle wybuchnęłaś jeszcze większym płaczem. Nie mogłem cię uspokoić, a twój szloch przyciągał uwagę coraz większej liczby dorosłych bawiących się tu razem z dziećmi. - Co się stało? - spytałem ponownie unosząc twój podbródek tak abyś patrzyła mi w oczy i wierzchem dłoni otarłem twoje łzy.
- Mama odeszła! - pisnęłaś rzucając mi się w ramiona z taką siłą, że zachwiałem się i nieomal się przewróciłem. Nie wiedziałem co powiedzieć w takiej sytuacji. Pocieszanie cię wydało mi się jakoś dziwnie nie na miejscu, więc po prostu przytuliłem cię pozwalając abyś się wypłakała. 
- Gdzie mieszkasz? - zapytałem gdy trochę się uspokoiłaś i odsunęłaś ode mnie chcąc ponownie wdrapać się na huśtawkę. Wzruszyłaś wątłymi ramionami mówiąc, że nie znasz adresu. Poprosiłem, więc, żebyś mnie tam zaprowadziła. Bałem się, że teraz tata martwi się gdzie się podziewałaś. Ufnie chwyciłaś mnie swoją pulchną rączką za dłoń i poprowadziłaś w kierunku swojego domu. Kilka razy musiałem zatrzymać cię na przejściu na pieszych, żebyś nie wpadła pod samochód. Czułem, że zrobiłem dobrze odprowadzając cię. Inaczej zamartwiałbym się czy dotarłaś tam cała i zdrowa. Wskazałaś mi paluszkiem dom, więc stanęliśmy przed drzwiami i czekaliśmy aż ktoś nam otworzy. Zauważyłem, że łzy nadal spływają po twoich policzkach, więc przykucnąłem i położyłem ci dłonie na ramionach.
- Nie przejmuj się. Obiecuję ci, że od teraz wszystko już będzie dobrze. 
- Naprawdę? - zapytałaś z błyskiem w oczach.
- Naprawdę. - odpowiedziałem i szczerze to nie przypuszczałem, że od tego dnia będę przychodził na plac zabaw codziennie tylko po to, żeby cię zobaczyć.

Odkąd tylko pojawiłaś się w moim życiu zmieniłaś mnie diametralnie. Chciałem, żeby nasza miłość była wieczna. I szczerze wierzyłem w to, że zawsze będziemy razem. No właśnie... Wierzyłem.

Moment, w którym w pełni uświadomiłem sobie, że umrzesz? Że cię stracę? Nie sądziłem, że nadejdzie tak szybko. Jeśli mam być szczery nie sądziłem, że w ogóle nadejdzie. Zapomniałem, że nie jesteśmy nieśmiertelni.
Patrzyłem jak nabierasz trochę podkładu na palec i zatuszowujesz nim rany na dłoniach. Tak bardzo bolało mnie, że robiłaś sobie krzywdę. Jednak jeszcze bardziej bolało to, że nie zaufałaś mi na tyle, żeby mi powiedzieć iż cierpisz. Tak. Wiem, że gdybym to ja był na twoim miejscu też bym tego nie powiedział. Ale mimo wszystko to bolało.
Na palcach oddaliłem się w stronę kanapy i pospiesznie włączyłem telewizor udając, że oglądam jakiś program. Jednak moje myśli krążyły wokół ciebie. Nie wiedziałem czy powiedzieć ci, że widziałem jak bardzo cierpiałaś.
- Dobranoc, Lu. - usłyszałem twój cichy szept przy moim uchu. Wychyliłaś się bardziej zza oparcia kanapy i pocałowałaś mnie w policzek po czym odeszłaś. Cieszyłem się, że światło było w salonie było wyłączone. Dzięki temu nie widziałaś łzy, która samotnie spływała po moim policzku.

Poczekałem mniej więcej pół godziny aby upewnić się, że zasnęłaś i udałem się na nasze miejsce spotkań. Poprawka - na miejscu, w którym spotykaliśmy się gdy byłaś jeszcze zdrowa. Pamiętam jaka byłaś szczęśliwa gdy przyprowadziłem cię tam. Siedzieliśmy wówczas przy ogromnym drzewie, opierając się o jego korę wtuleni w siebie i podziwialiśmy gwieździste niebo. Ponownie musiałem zadać sobie pytanie: Dlaczego nie możemy cofnąć czasu?
Oświetlając sobie drogę latarką podszedłem tuż do kory drzewa w miejscu gdzie w serduszku były wyryte nasze inicjały. Wyjąłem z kieszeni nożyk i zrobiłem poziomą kreskę na pierwszej literze mojego imienia.

Każdego dnia przybywała jedna linia na korze i jedna linia na zdjęciu.
Każdego dnia twój stan zdrowia się pogarszał.
Każdego dnia modliłem się, żebyś wyzdrowiała.
Każdego dnia udawałaś, że wszystko jest w porządku.
Każdego dnia cierpieliśmy.

Prawie miesiąc po tym jak odkryłem twój sposób radzenia sobie z bólem odkryłem coś co zraniło moje serce jeszcze bardziej. Jeśli naprawdę sądziłem, że dotychczas cierpiałem to się myliłem. Od tego dnia ból był wręcz nie do zniesienia. Na półce w twoim pokoju znalazłem siedem zdjęć sztuk tego samego zdjęcia, na których twój wizerunek był pocięty.
Cierpiałaś siedem razy dłużej niż myślałem.

Tej nocy wracałem z naszego miejsca zaraz po tym jak zaznaczyłem kolejną kreskę pod moim inicjałem. Bawiłem się na przemian włączając i wyłączając latarkę. Nagle w oddali usłyszałem piski syreny alarmowej. Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia, poczułem nagły skurz w brzuchu i rzuciłem się przed siebie aby jak najszybciej dotrzeć do naszego domu.

Jak wyobrażałem sobie twoją śmierć?
Sterylnie czyste pomieszczenie w rzeczywistości było inne niż myślałem. W filmach zawsze było przedstawione jako miejsce, w którym ludzie cierpią. Jako miejsce gdzie lekarze podchodzą do rodzin chorej osoby, a oni wiedzą, że zaraz usłyszą "Zrobiliśmy co było w naszej mocy." Jednak ja czułem się inaczej. Nie mogłem płakać czując twoje silnie zaciśnięte palce na mojej dłoni. Ignorowałem to, że twoje paznokcie przebiły moją skórę. Widziałem twoje mięśnie, które z całej siły napinałaś, usta, które były leciutko uchylone przez oddech, który się nimi wydobywał. Patrzyłem na twoje przymknięte oczy, na twoją lewą dłoń, która coraz bardziej zaciskała się na pościeli. Biła od ciebie wola walki. Czułem, że byłaś gotowa zrobić wszystko, żeby tylko nie zostawić mnie samego na tym świecie. 
Jednak ta decyzja nie należała do ciebie.
Pojedyncza łza spłynęła po twoim policzku znacząc na nim błyszczący tor. Nachyliłem się w stronę twojego czoła i pocałowałem cię delikatnie w czoło. Palce zacisnęły się jeszcze bardziej na moim nadgarstku powodując tępy ból w moich żyłach. Całą siłą, która jeszcze ci pozostała otworzyłaś oczy. Były pełne łez i straciły wesołe iskierki, które zawsze w nich dostrzegałem. Nawet wtedy gdy wiedziałem, że cierpiałaś tysiąc razy mocniej niż ja.
- Co się stanie gdy odejdę? - zapytałaś drżącym głosem odszukując moje oczy swoimi. Pogrążyłem się w ich hipnotyzującej, nieprzeniknionej czerni.
- Obiecuję ci, że od teraz wszystko już będzie dobrze. - powiedziałem zmuszając się do uśmiechu i przypominając sobie słowa obietnicy, którą złożyłem ci tak dawno temu.
- Naprawdę? - Też pamiętałaś.
- Naprawdę. - To wszystko. Na tym skończyła się nasza rozmowa tego dnia gdy odprowadziłem cię do domu. Bałem się, że teraz też się skończy.
- Kocham cię, Lu. - powiedziałaś, a jeden z twoich palców zakreślił serduszko na wierzchu mojej dłoni.
- Ja ciebie też. - wyszeptałem starając się aby nie załamał mi się głos.
- Lu, pozwolisz mi odejść? - zapytałaś patrząc mi prosto w oczy, żeby w razie potrzeby wyczytać z nich czy kłamałem.
- Pozwolę. - szepnąłem składając na twoich ustach delikatny pocałunek, który na ułamek sekundy pozostał odwzajemniony. Musiałem to powiedzieć. Inaczej walczyłabyś dalej. Nadal byś cierpiała.
- Dziękuję. - powiedziałaś delikatnie się uśmiechając, a nacisk twoich palców na mojej dłoni zelżał. Chciałem nadal czuć tępy ból w nadgarstku. Symbolizował to, że walczyłaś. 
Jednak każda walka musi kiedyś się zakończyć.

Pamiętałem to co kiedyś usłyszałem od matki:
"To co wymarzysz i tak nigdy się nie spełni. Rzeczywistość sama zdecyduje jaka zechce być."
Rzeczywistość jednak była tak okropna, że za żadne skarby świata nie byłem w stanie w nią uwierzyć.

Pobiegłem przed siebie ile miałem sił w nogach jednak uspokoiłem się widząc, że karetka nie zatrzymała się przed naszym domem. Była usytuowana mniej więcej w połowie drogi, którą należało przebyć do naszego miejsca spotkań. Przeszedłem obok ambulansu z zainteresowaniem wyciągając szyję, aby zobaczyć co się stało. Miejsce jednak było ogrodzone taśmą, a wokół rannej osoby klęczeli liczni lekarze, więc świadomy tego, że i tak nic bym nic nie zobaczył ominąłem miejsce wypadku i przeszedłem chodnik po drugiej stronie drogi. Nadal wyłączając i włączając latarkę szedłem powolnym krokiem do domu. Noc była gwieździsta, wiał lekki wietrzyk jednak mimo tego, że byłem ubrany jedynie w cienki sweterek nie było mi zimno. Idealny wieczór. Podobny do tego kiedy pierwszy raz, razem z tobą udaliśmy się na polankę obok drzewa, na którym teraz widniały nasze inicjały.
Nagle poślizgnąłem się na czymś i boleśnie upadłem na kość ogonową. Cicho jęknąłem i włączyłem latarkę dostrzegając średniej wielkości białe perełki porozrzucane dookoła. Przez ułamek sekundy patrzyłem na nie z przerażeniem w oczach i ustami otworzonymi w niemym krzyku. Obróciłem twarz w kierunku karetki i pobiegłem tam najszybciej jak mogłem. Przepchnąłem się między lekarzami i kilkoma policjantami krzyczącymi "Nie może pan tam wejść!" i dosłownie rzuciłem się na ziemię przy martwym ciele mojej ukochanej.
Przy twoim martwym ciele.
Te perły były prezentem, który podarowałem ci na naszą piątą rocznicę. Tak bardzo ci się podobały, że nosiłaś je wszędzie i kilka razy płakałaś gdy dostrzegłaś na jednej z nich choćby niewielką ryskę.
Rozpoznałbym je dosłownie wszędzie.
Plamiłem swoje dłonie twoją krwią przyciskając twoją głowę do swojej klatki piersiowej, szukałem pulsu, choćby najmniejszego znaku, że żyłaś. Widząc twoje szeroko rozwarte źrenice wiedziałem, że zginęłaś szybko.
Czy to lepiej, że umarłaś bez większego bólu? Czy to lepiej, że nie zapytałaś mnie o pozwolenie czy możesz odpuścić walkę?
- Proszę pana! Musi ją pan zostawić! Proszę pana! Słyszy mnie pan!? - wrzeszczał na mnie jeden z policjantów próbując odciągnąć mnie od twojego ciała. Delikatnie zamknąłem palcem twoje powieki zalewając się przy tym łzami po czym złożyłem delikatny pocałunek na twoim zimnym już policzku.
Wyszłaś po to, żeby mnie szukać, prawda? Wiedziałem to.
Uwolniłem cię od bólu.
Pomogłem ci odejść.
Zabiłem cię.

Zacisnąłem mocnej palce na białej perełce. Jedynym co zostało mi po tobie gdy wczoraj odeszłaś. Lewą dłonią koślawą linią przekreśliłem nasze inicjały. Tym razem twój również. Siedziałem opierając głowę o korę drzewa i wpatrując się w nasze wspólne zdjęcie - jedyne niepocięte, które znalazłem w naszym domu. Słońce powoli zaczynało swój monotonny kurs po niebie. Nagle na tle tego zjawiska ujrzałem czyjąś delikatną sylwetkę. Przetarłem oczy i wytężyłem wzrok jednak nie zniknęłaś. Powolnym krokiem szłaś w moją stronę wyciągając do mnie prawą dłoń. Napawając się widokiem zdrowej ciebie podchodziliśmy bliżej siebie. Po kilkunastu sekundach staliśmy naprzeciwko siebie patrząc na siebie z miłością w oczach.
- Chodź ze mną. - szepnęłaś chwytając swoją dłonią mój nadgarstek. Po chwili szliśmy wtuleni w siebie kierując się ku słońcu, które świeciło coraz jaśniej.

***

Starsza kobieta właśnie kończyła wycierać naczynia kiedy usłyszała dźwięk pukania do drzwi. "Ktoś przyszedł mnie odwiedzić?" pomyślała z radością. Tak rzadko była odwiedzana, a tak bardzo lubiła gości.
- Dzień dobry. - przywitała się z uśmiechem otwierając drzwi jednak szczęście szybko zeszło z jej twarzy gdy zobaczyła policjantów stojących w progu jej domu. - W czymś panom pomóc? - zapytała pospiesznie próbując ukryć swoje zmieszanie związane z ich przybyciem.
- Jest pani matką LuHana? - spytał jeden z sierżantów szczędząc sobie powitania. Drugi lekko szturchnął go łokciem sugerując, że powinien być delikatniejszy.
- Tak. A coś się stało? - zapytała kobieta patrząc z rosnącym lękiem w czarne oczy wyższego od niej o kilkanaście centymetrów policjanta.
- Z przykrością stwierdzam, że pani syn nie żyje. - starsza pani czuje ukłucie serca, ale łzy nie wypełniają jej oczu. Gdy dowiedziała się o wypadku ukochanej LuHana wiedziała, że niedługo ten zrobi coś głupiego.
Mimo to nie powstrzymała go.
- Znaleziono to przy jego ciele. - mówi drugi policjant wciskając kobiecie w dłoń okrągły przedmiot średniej wielkości. Matka LuHana podnosi na wysokość oczu perłę.
Czarną perłę.


____________________________
Jeszcze raz bardzo Was przepraszam, że musieliście tak długo na to czekać.
W sumie to wyszło dużo~ dłuższe niż planowałam. To miał być jeden z tych one shotów, w które nie da się wczuć, bo kończą się zaraz po dobiciu do tysiąca wyrazów. Natomiast moje chore pomysły sprawiły, że liczy sobie 3.645 słów i 9 stron w Wordzie.
Nawet nie wiecie jak piosenki motywują mnie do tworzenia. Kończone przy "ERROR" od VIXX.

Mam nadzieję, że się Wam spodobało :)
Czekam na opinie i komentarze.
Taeyeon ^^

czwartek, 3 września 2015

It was worth it

Hejka :)
Krótkie ogłoszenie - mimo, że podczas tych 10 miesięcy będzie mnie tu mniej to mimo wszystko będę. I nadal będą się pojawiać posty mimo, że mogą być rzadsze i odrobinę krótsze. A wszystkie zamówienia postaram się zrealizować jak najszybciej. Koniec.
Muszę się przyznać, że nie mam pojęcia co to angst, ale skoro fluff to takie sweet i coś w ten deseń to angst to jakiś dramat, no nie? Favory, jeśli nie zgadłam co to ten angst to przepraszam tysiąc razy. Dzisiaj Taemin dla Favory, bo Hoshi się niecierpliwiła. Dziwne wytłumaczenie xD
Miłego czytania ^^

Było warto | one shot | Taemin | SHINee | zamówienie dla Favory | 1.987 słów

~Julia
Noc. Gwiazdy jasno lśniły na niebie, rzucając na ziemię przed tobą złowrogie cienie. Księżyc właśnie został zasłonięty przez drzewa. W dodatku zrobiło się zimno, no i w ogóle wytworzyła się atmosfera jak z horroru.
Wracałaś właśnie z kina, prawie biegnąc przez park, aby nie zapadły egipskie ciemności, nim dojdziesz do swojego mieszkania. Nagle dostrzegłaś czyjąś majaczącą postać, która bezszelestnie pojawiła się na horyzoncie. Przyspieszyła kroku, również cię dostrzegając.
"I co mam teraz zrobić? I co mam teraz zrobić? I co mam teraz..." Po głowie chodziło ci tylko to jedno zdanie, a mimo to nie potrafiłaś znaleźć na nie odpowiedzi. Postanowiłaś przejść koło tego faceta, (bo byłaś w stu procentach pewna, że to facet) tak jak gdyby nigdy nic. "Idź spokojnie. Oddychaj. Nie patrz na tego kolesia. Nie myśl o tym, że może być mordercą." Ale, oczywiście, w tym momencie o tym pomyślałaś. Mężczyzna był już w odległości zaledwie kilku kroków od ciebie. Szybko go minęłaś, ciesząc się w myślach, że cię nie zaczepił, ale chyba sobie to wykrakałaś, bo sekundę potem jego palce zacisnęły się na twoim nadgarstku.
- Puszczaj mnie! - krzyknęłaś żałośnie, próbując się wyrwać facetowi.
- Nie - odpowiedział ci jakiś zachrypnięty głos i mężczyzna przyciągnął cię do siebie i pocałował. Odpychałaś go, ile miałaś sił, ale on był silniejszy, a w dodatku oparł cię plecami o drzewo. Gdy pogłębił pocałunek, z całej siły kopnęłaś go w piszczel, na co pisnął jak mała dziewczynka i odrobinę się odsunął.
- Co ty robisz!? - zapytał oburzony. Wtedy po głosie poznałaś, że był to...
- Minnie! - wykrzyknęłaś z ulgą, wieszając się chłopakowi na szyi i wtuliłaś twarz w jego podkoszulek.
Staliście tak chwilę, po czym uniosłaś głowę w jego kierunku. Chłopak pochylił się, żeby cię pocałować, a jego włosy zaczęły łaskotać cię w czoło. Poczekałaś, aż przybliży się tak, aby wasze usta dzieliło zaledwie kilka milimetrów i z całej siły uderzyłaś go w policzek.
- Aua! - krzyknął Taemin, odskakując od ciebie,  żeby ponownie nie oberwać. - Co ty wyprawiasz!?
- Ty skończony idioto! - krzyknęłaś, oskarżycielsko celując palcem w jego klatkę piersiową i z każdym kolejnym słowem podchodząc bliżej, na co on odsuwał się o krok. - Myślałam, że to jakiś morderca! Że nigdy więcej cię nie zobaczę, ty choler... - Zamknął ci usta pocałunkiem, obejmując cię ramionami w talii i przyciągając jak najbliżej siebie.
- Przepraszam? - zapytał po chwili, gdy go odepchnęłaś.
- Ygh! - warknęłaś, wznosząc ramiona ku niebu i szybko ruszyłaś w stronę domu. Taemin westchnął przeciągle, doganiając cię i zagrodził ci drogę.
- Przepraszam - powiedział z prawdziwą (albo dobrze udawaną) skruchą w głosie i spojrzał na ciebie proszącymi oczami szczeniaczka.
- Co tu robisz? - warknęłaś,  a on uśmiechnął się, leciutko unosząc kąciki ust, bo był pewien, że mu wybaczyłaś.
- Poszedłem do twojego domu,  ale cię nie było, więc wróciłem.
- Co ode mnie chciałeś w nocy? - zapytałaś zaciekawiona i zdenerwowana jednocześnie.
- No wiesz... - zaczął i uśmiechnął się jak skończony zboczeniec, co było dość jednoznaczną odpowiedzią.
- Chcesz oberwać w drugi policzek? - warknęłaś, wymijając Taemina i przyspieszając kroku. Chłopak zrównał się z tobą i objął cię ramieniem.
- Mogę u ciebie zostać na noc?
- Bo co!?
- Nie każesz mi chyba wracać po ciemku trzy kilometry!? - zapytał chłopak z udawanym przerażeniem w głosie.
- Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej,  zboczeńcu - warknęłaś.
- Pro~szę! - poprosił Taemin, przeciągając sylaby i popatrzył na ciebie błagalnym wzrokiem.
- Ugh, no dobra - zgodziłaś się i gdy zobaczyłaś, jak chłopak uśmiecha się pod nosem, dodałaś. - Śpisz na kanapie.
- Co!? - Taemin westchnął przeciągle i powlókł się za tobą w ślimaczym tempie, jak ktoś, kto idzie na własną egzekucję.

Siedziałaś właśnie na kanapie i przeglądałaś jakiś magazyn, który ani trochę cię nie zainteresował. Wtedy ciszę przerwał twój dzwonek telefonu.
- Czego? - warknęłaś w stronę słuchawki.
- Przyjdziesz za dziesięć minut do parku? - zapytał Taemin.
- Bo co?
- Nie musisz od razu na mnie warczeć.
- A ty nie musisz mi tego od razu wypominać.
- Jesteś wredna.
- I dobrze mi z tym.
- Kocham cię.
- A ja ciebie nie - ponownie warknęłaś, na co się zaśmiał.
- I kocham cię właśnie za to - stwierdził chłopak gdy już przestał się śmiać.
- Za co?  - zapytałaś, nie wiedząc, o co chodzi chłopakowi.
- Za nic. Po prostu cię kocham - westchnął Taemin i chyba się rozmarzył, bo kolejne zdanie powiedział po tak długiej przerwie,  że myślałaś, że się rozłączył. - To będziesz?
- Nie.
- Wiedziałem, że się zgodzisz - roześmiał chłopak. - Czekam przy stawie. Pa.
"Idiota." - pomyślałaś, ale poderwałaś się z kanapy, chwyciłaś kurtkę i pobiegłaś do parku. Mimo, że Taemin był denerwujący, namolny, zbyt uprzejmy i jego wady mogłabyś wymieniać do soboty, był jedyną osobą, która starała cię zrozumieć. Tak. To prawda,  że byłaś wredna, ale jemu nie przeszkadzało to nawet w najmniejszym stopniu. A te jego oczy...

- Taemin? - rzuciłaś w przestrzeń, gdy podeszłaś do stawu, a nikogo przy nim nie było. 
Cisza. Czy on sobie żarty robił? To ty musiałaś opuścić swoją wygodną kanapę, po to, żeby tu przyjść, a jego nawet tu nie było? Podejrzane. Bardzo podejrzane...
Wyjęłaś komórkę z kieszeni i wybrałaś numer chłopaka. Wtem ciszę przerwał dzwonek telefonu Taemina.
- Minnie? - ponownie rzuciłaś w przestrzeń, ale i tym razem nikt ci nie odpowiedział. 
Ruszyłaś brzegiem stawu, kierując się coraz głośniejszą piosenką. Gdy byłaś na drugim brzegu, potknęłaś się na czym, ale mimo wszystko zachowałaś równowagę. Obróciłaś głowę w tamtą stronę, szukając wzrokiem tego czegoś, przez co nieomal się wywróciłaś.
Tylko, że to nie było coś.
- Taemin! - krzyknęłaś w stronę chłopaka, który leżał bez ruchu na ziemi w kałuży krwi wypływającej z głębokiej rany na jego głowie i przyklękłaś koło niego. Miał cały zakrwawiony podkoszulek, na którym plama rosła z każdą sekundą. - Minnie, skarbie, obudź się! - powiedziałaś rozpaczliwie, próbując obudzić Taemina, który pewnie już opuścił ten świat. 
Zdjęłaś koszulę, podarłaś ją na kawałki i zrobiłaś mu prowizoryczne opatrunki. Ale kałuża krwi nadal rosła. - Taemin, błagam! - krzyknęłaś, a łzy pociekły po twoich policzkach. - Nie możesz odejść! Nie poradzę sobie bez ciebie... Kocham cię - wyszeptałaś, opierając głowę na klatce piersiowej chłopaka. Szybko oprzytomniałaś i zaczęłaś wybierać numer telefonu na pogotowie.
- Julia? - usłyszałaś ledwie słyszalny szept i jak oparzona podskoczyłaś do chłopaka.
- Taemin, ty żyjesz! - powiedziałaś, czując tak wielką ulgę, że rozpłakałaś się jeszcze bardziej.
- Nie płacz! Proszę!  - wyszeptał chłopak, powoli otwierając oczy i spróbował podnieść dłoń, ale tylko jęknął z bólu. 
Uświadomiłaś sobie,  że mimo, iż Taemin żyje, po wielkości kałuży krwi można było stwierdzić,  że jest ciężko ranny. Szybko zadzwoniłaś na pogotowie i podałaś wszystkie potrzebne informacje mocno ściskając za dłoń chłopaka, który coraz ciężej oddychał.
- Julia? - zapytał Taemin tak cicho, że musiałaś zbliżyć twarz do jego twarzy, żeby cokolwiek usłyszeć i poprosiłaś go, aby powtórzył. - Pamiętaj, że cię kocham - wyszeptał słabnącym tonem, a jego nacisk na twojej dłoni stracił na sile.
- Też cię kocham - szepnęłaś, a w oddali rozległ się dźwięk ambulansu.
Tylko, że teraz byłaś już pewna, że nie zdąży.
- Kocham cię - powtórzył chłopak, a jego dłoń opadła bezwładnie w twojej.
- Taemin!!! - wrzasnęłaś rozpaczliwie, unosząc głowę w stronę nieba.
Straciłaś Taemina. Nie. Straciłaś sens życia.
A w dodatku ojca twojego nienarodzonego dziecka, o którym nawet nie wiedział. Ale w dowie się w niebie.

~Taemin
Odłączyłem się pierwszy, bo byłem pewny, że przyjdzie. Mimo, że w życiu tego nie powiedziała, wiedziałem, że jestem dla niej kimś ważnym. Kimś dużo ważniejszym niż przyjaciel. To prawda, że była wredna, no i w ogóle taka "nienawidząca świata", ale dla mnie to nie był problem. Gdy się kogoś kocha, akceptuje się go takiego, jakim jest.
Nerwowo wygładziłem koc piknikowy i chyba setny raz z rzędu sprawdziłem, czy na pewno mam w kieszeni pudełko z pierścionkiem zaręczynowym. Nosiłem go tam prawie przez całe lato, szukając w sobie odwagi, aby w końcu się jej oświadczyć. I kilka razy sięgałem po niego pewny, że to odpowiedni moment, ale albo ktoś nam przeszkadzał, albo do nas dzwonił. 
Został zaledwie tydzień do końca wakacji, a ja nadal nie byłem w stanie tego zrobić. Do dzisiaj kiedy to zrozumiałem, że jeśli się jej nie oświadczę przed końcem wakacji, ona wyjedzie do pracy, a ja będę musiał tu zostać.
Ułożyłem głowę na kocu i spojrzałem na przejrzyste niebo. Idealny dzień. Julia zostanie moją żoną, jeśli tylko się zgodzi, a jeśli nie... Nie. Życie nie jest od tego, żeby myśleć pesymistycznie. Jeśli się zgodzi, moje życie już na zawsze będzie idealne. Moje rozmyślania przerwał dźwięk przychodzącego SMSa. Poderwałem się z koca i zobaczyłem "Zaraz będę." Szybko kolejny raz wygładziłem koc, przestawiłem kosz, sprawdziłem, czy w kieszeni nadal był pierścionek (był) i zmierzyłem swoje dzieło krytycznym wzrokiem. Było w miarę w porządku. Rzuciłem okiem, czy w pobliżu nie rosną kwiaty i ujrzałem kilka moim zdaniem bardzo ładnych tuż przy urwisku wzgórza nad stawem. Podszedłem do nich i schyliłem sięm aby je zerwać, a wtedy nagle ziemia pode mną się zarwała. Pamiętałem tylko momentm gdy uderzyłem głową w skałę i spadałem w dół. Chyba straciłem przytomność.

- Taemin, błagam! Nie możesz odejść! Nie poradzę sobie bez ciebie! - usłyszałem jakby przytłumiony głos. Powoli wracała mi przytomnośćm czułem rozdzierający ból w głowie, nodze, żebrach i klatce piersiowej. Do kogo należał ten głos, który nie pozwolił mi odejść?  Czy istniał w ogóle ktoś dla kogo byłem ważny? A kto dla mnie był ważny? Julia.
- Kocham cię - usłyszałem szept i tym razem byłem już w stu procentach pewien, że to moja ukochana. 
Poczułem odrobinę ulgi, ale wtedy ból w klatce piersiowej się nasilił tak bardzo,  że nawet nie mogłem złapać powietrza, aby krzyknąć z bólu. Nacisk trwał zaledwie kilka sekund, ale i tak był to najgorszy ból, jakiego w życiu doświadczyłem. Po tym tylko marzyłem o tym, żeby już umrzeć, ale Julia była ważniejsza niż marzenia. Musiałem przeżyć. Dla niej.
Gdy ból minął, uchyliłem powieki i ujrzałem zapłakaną twarz mojego aniołka. Nie potrafiłem znieść myśli, że płacze przeze mnie.
- Julia? - zapytałem, jak najgłośniej mogłem,  ale płuca odmawiały mi posłuszeństwa, więc wyszło mi to tak cicho,  że sam ledwie to usłyszałem. Ale ona podskoczyła do mnie momentalnie.
- Ty żyjesz! - wykrzyknęła, a potem się rozpłakała. Chwila. To ona chciała, żebym nie żył? Jeśli tak, to chyba się nie rozczarujesz, skarbie.
- Nie płacz! Proszę!  - wyszeptałem i uniosłem dłoń, aby otrzeć jej łzy tak, jak robiłem to już przez tyle lat, ale tym razem nie poradziłem sobie i tylko jęknąłem z bólu. Ile miałem ran? Jak strasznie musiałem wyglądać? I dlaczego ten idealny dzień nie jest idealnym dniem?
Julia chwyciła mnie za dłoń, a ja kurczowo się jej trzymałem, jakby była pomostem między życiem, a śmiercią. Uśmiechała się do mnie sztucznie, roniąc przy tym tak dużo łez, że mi też zakręciły się w oczach i zadzwoniła na pogotowie. Po co? Nie mam pojęcia. I tak nie zdążą. Dlaczego ja, optymista z zamiłowania, myślałem wtedy pesymistycznie?
- Julia? - zapytałem, czując, że zostało mi już niewiele czasu. Mój oddech słabł, a ja nie byłem w stanie nic na to poradzić.
Z prochu powstałeś i w proch się przemienisz.
Chyba powiedziałem to za cicho, bo nie dosłyszała i nachyliła twarz do mojej twarzy. Chrapliwie chwyciłem oddech, próbując wypowiedzieć najważniejsze słowa.
- Pamiętaj, że cię kocham - wyszeptałem, czując, że mój głos coraz bardziej słabnie i rozluźniłem uścisk na jej dłoni. Umierałem. I nieważne czy będę się jej trzymać, czy nie. I tak zginę.
- Też cię kocham - szepnęła tak smutnym tonem , że poczułem się, jakby serce pękło mi na kawałeczki. 
W oddali rozległ się odgłos karetki na sygnale. Po nadziei gasnącej w jej oczach zrozumiałem, że wiedziała to samo co ja. Nie zdążą.
- Kocham cię - powtórzyłem, nie mogąc zaczerpnąć już nawet mizernego oddechu.
Mam tylko nadzieję, że kiedyś policjanci oddadzą jej pierścionek zaręczynowy. Było warto.
♥♡♥♡♥♡♥♡♥♡♥

Mimo, że trochę krótkie i pokręcone to nadal mam nadzieję,  że się spodoba.
Jeszcze jedna informacja - na razie napiszę tylko one shoty, na rozdziałowce troszkę jeszcze poczekajcie. Pierwszy, który postaram się tu umieścić będzie "Anioł Stróż 7", ale nie wiem kiedy go dodam.
Przepraszam za błędy, bo nie miałam ich jak sprawdzić.
Czekam na opinie i komentarze ♥
Teayeon ★

niedziela, 30 sierpnia 2015

Friends to cuddle

Hejka :)
Dzisiaj zostanę przez Was zabita... Bo zamiast realizować zamówienia piszę opowiadanka od czapy. No, ale jak wpadnę na jakiś pomysł to muszę go zrealizować właśnie z osobą, o której pierwszej pomyślałam, bo inaczej będzie mi źle na duszy xD A dzisiejszy scenariusz jest publikowany z tego powodu, że nie wyrobiłam się z pierwszym rozdziałem scenariusza z Baekhyunem dla Favory. Ale pomysł już jest 3/4 napisane na kartce, więc jest git xD Ale muszę jeszcze pomyśleć nad zakończeniem, bo potem się okaże, że będę musiała zmodyfikować początek i wtedy co zrobię? Mam jeszcze pomysł na opowiadanka z Krisem, D.O, Lu i Daehyunem, Bambim, Markiem, Kaiem i Jacksonem. I one MUSZĄ być z tymi osobami, bo myśląc o tych osobach powstały, więc tego... Koniec mojego ględzenia. I tak mi nie wybaczycie XD Dobra.
Zaczynamy.
Miłego czytania 

Przyjaciele się przytulają | one shot | Tao | EXO | 3.693 słowa

- T-Tao? - powiedziałaś ze łzami wzbierającymi w twoich oczach. 
Przed chwilą weszłaś do sali treningowej akademii sztuk walki. cała zamoczona z powodu deszczu, mając zamiar poczekać, aż twój utalentowany chłopak skończy trening, a... On całował się z jakąś dziewczyną...

- Mhym... - Chyba nie poznał twojego głosu, bo pokazał ci otwartą dłoń, dając do zrozumienia, żebyś poczekała i nie oderwał się od tej dziewczyny nawet na sekundę.
- Tao... - szepnęłaś, a gdy twoja łza upadła na posadzkę wybiegłaś z sali treningowej, mając przed oczami swojego ukochanego obściskującego się z jakąś niewydarzoną panienką.
- ____! - krzyknął chłopak i zerwał się do biegu, zostawiając zszokowaną dziewczynę za sobą.
Wybiegłaś na zewnątrz w deszczu bez parasolki, która została w korytarzu i co tchu pobiegłaś w stronę swojego domu. Ale to oczywiste, że Tao cię dogonił. Był wyższy o prawie dwadzieścia centymetrów i wysportowany jak mało kto. Nie każdy od najmłodszych lat ćwiczył sztuki walki, a w dodatku nie był do tego zmuszany przez rodziców.
- Zaczekaj! - krzyknął, łapiąc cię za nadgarstek i odwracając cię twarzą do siebie.
- Skarbie, ja... - zaczął, a ty popełniłaś najgorszy błąd - spojrzałaś mu w twarz. 
Krople deszczu doszczętnie zmoczyły mu włosy, a po policzkach spływały krople deszczu, dając złudzenie tego, że płakał... Być może naprawdę tak było. Wpatrywał się w ciebie błagalnym wzrokiem tymi swoimi wielkimi oczami, tak pięknie podkrążonymi, że wyglądały jakby należały do pandy. Wtedy twój wzrok padł na jego usta. Usta, którymi przed chwilą całował inną... 
Wyrwałaś nadgarstek z jego uścisku i rzuciłaś się do ucieczki, która z góry była zakończona porażką. Tao był zbyt silny i zbyt szybki. Zamknął od tyłu twoje drobne ciało w swoich silnych ramionach i zaczął uspokajać oddech. Szarpałaś się z nim, ile miałaś sił. Chciałaś być w tym momencie jak najdalej od niego. Kilometry od tej jego przystojnej twarzy, która przewijała się w każdym twoim śnie. Tymczasem on przyciskał cię do siebie tak, aby być jak najbliżej. Przemoczona do ostatniej suchej nitki stałaś. drżąc nie tylko z zimna w jego silnych ramionach, które nie miały najmniejszego zamiaru cię puścić.
- Kochanie, ja... - ponownie zaczął tłumaczyć się z incydentu, o którym nawet nie chciałaś myśleć a co dopiero rozmawiać. W dodatku z nim. 
Wtedy miarka się przebrała. Zawsze spokojna, cicha, a jakże wrażliwa ty zrobiłaś coś, czego nigdy w życiu nie zrobiłaś - uderzyłaś go łokciem w brzuch. Jęknął z bólu, ale niczego nie powiedział. Rozluźnił odrobinę uścisk, ale gdy poczuł, że spinasz mięśnie brzucha, żeby się uwolnić, ponownie zamknął cię w silnym uścisku. - Proszę, pozwól mi wytłumaczyć... - powiedział tonem, jakby zaraz miał się rozpłakać, na co kolejne łzy pociekły po twoich policzkach, skapując na jego ramiona. Powoli odwrócił cię w swoim kierunku i zmusił, żebyś spojrzała mu w oczy. Pochylił się i nie zważając na to, jak usilnie próbowałaś mu się wyrwać, pocałował cię, ale nie tak jak zawsze, tylko dość brutalnie. Po chwili przestałaś się szarpać z silniejszym od siebie chłopakiem i po prostu stałaś w bezruchu, czekając, aż skończy. Tao rozluźnił uścisk i delikatnie cię objął, nadal całując. Wtedy korzystając z okazji odepchnęłaś go, przez co upadł na chodnik i pobiegłaś do swojego domu, który na szczęście był blisko. Zdążyłaś zamknąć bramę i wbiec do domu, nim chłopak cię dogonił.
Pobiegłaś do swojego pokoju i nie zważając na to, że byłaś cała przemoczona, rzuciłaś się na łóżko z płaczem. Po kilku minutach uspokoiłaś się, przypominając sobie, co powiedziała twoja mama, gdy podobna sytuacja przydarzyła się twojej siostrze.
"Nie jest wart twoich łez."
Otwierając szafę w celu wyjęcia jakichś suchych ubrań, wyjrzałaś przez okno. Tao stał przed bramą. Tao! Chłopak, który zwykle przeskakiwał furtkę i wbiegał do twojego pokoju, żeby jak najszybciej cię przytulić. Pierwszy raz w życiu uszanował twoją prywatność i ten drobny szczegół sprawił, że łzy ponownie zaczęły skapywać na posadzkę w twoim pokoju. Zabrałaś ze sobą ręcznik i poszłaś do łazienki, aby wziąć prysznic. Błagałaś, żeby zmył z ciebie całe nieszczęście, co, oczywiście, się nie udało.
Wróciłaś do pokoju jakieś pół godziny potem i mimowolnie wyjrzałaś przez okno, uważając, żeby nie zdradziła cię ruszająca się firanka. Chłopak nie stał już przed bramą. Klęczał w dopiero co powstałej kałuży, mocząc i tak już mokre metalowe pręty ogrodzenia swoimi łzami. Czym prędzej odwróciłaś wzrok od Tao, żeby ponownie się nie rozpłakać i usiadłaś na skraju łóżka, chowając twarz w dłoniach. Po chwili wstałaś i położyłaś się do spania, ale nie mogłaś zapomnieć widoku sprzed godziny.

Rano wstałaś przybita do cna i niewyspana, bo sen zmorzył cię dopiero około czwartej nad ranem. Postanowiłaś pójść bez uprzedzenia do swojej najlepszej przyjaciółki. Potrzebowałaś kogoś, kto byłby w stanie cię pocieszyć, a kto inny poradziłby sobie z tym lepiej?
Ubrałaś się ciepło i zabrałaś parasolkę, ponieważ od wczorajszego dnia deszcz ciągle padał. Wyszłaś z domu i zamknęłaś bramę, przed którą wczoraj klęczał Tao. Za furtką przyspieszyłaś, aby przypadkiem nie spotkać chłopaka, ale los chciał inaczej. Poślizgnęłaś się na mokrym chodniku, a od upadku uratowały cię czyjeś silne ramiona, które zacisnęły się na twojej talii. Podniosłaś wzrok na swojego wybawcę, którym oczywiście musiał być Tao. Wyrwałaś mu się, ale zdążył złapać cię za nadgarstek i odwrócić ku sobie.
- Błagam! - powiedział, przyciągając cię bliżej i usilnie próbując nakierować twój wzrok na swoją twarz, co mu się nie udało. 
Łzy kolejny raz zaczęły spływać po twoich policzkach. Chciał otrzeć je wierzchem dłoni, ale gwałtownie odwróciłaś głowę w bok, na co opuścił ramię. 
- Proszę okrzycz mnie, powiedz, że jestem skończonym idiotą, że już nigdy mi nie zaufasz... Błagam powiedz cokolwiek! - powiedział błagalnie, na co spojrzałaś mu w twarz. - To lepsze niż milczenie i oglądanie, jak płaczesz - dodał z oczami pełnymi łez. 
Nie zareagowałaś. Skoro twoje milczenie tak bardzo go bolało, to dobrze. Przybliżył usta do twoich ust, na co wyrwałaś mu dłoń z uścisku i wróciłaś do domu pewna, że tym razem już za tobą nie pobiegnie. I nie pobiegł. Gdy odwróciłaś się przy furtce stał w tej samej pozie, w której go zostawiłaś.
Weszłaś do domu, wiedząc, co teraz musisz zrobić. Teraz w tym miejscu nie trzymało cię kompletnie nic. No może najlepsza przyjaciółka, ale ona i tak poradzi sobie bez ciebie. Miała Luhana. On jej wystarczy. 
Mieszkałaś sama. Siostra też wyjechała. Rodzice mieszkali w innym mieście. Nic nie mogło cię powstrzymać przed wyjazdem. Spakowałaś potrzebne rzeczy do walizki i wyjęłaś kilka tysięcy ze swojej skrytki. Sprawdziłaś w internecie, kiedy odjeżdża najbliższy pociąg. Szczęście uśmiechnęło się do ciebie. Odjeżdżał za jakieś pół godziny. Zamknęłaś dom na klucz, zostawiając wszystkie wspomnienia za sobą i w pośpiechu poszłaś na przystanek, bojąc się, że znowu spotkasz Tao.

- _____! Zaczekaj! - krzyknął, gdy znikałaś w drzwiach pojazdu. 
Nie zaczekałaś. Drzwi zamknęły się za sobą, oddzielając cię od przeszłości. Gdy pojazd znikał za zakrętem, musiałaś się odwrócić. Tao siedział na ławce, na przystanku, chowając twarz w dłoniach. Szybko odwróciłaś wzrok od chłopaka, kierując go na przód. Ku lepszej przyszłości.

Kilka dni po tym jak zamieszkałaś w nowym miejscu, zaczęło ci się najzwyczajniej w świecie nudzić samej w domu, więc wyruszyłaś na poszukiwanie jakieś pracy. Dość szybko udało ci się znaleźć kawiarnię, na której drzwiach było wywieszone ogłoszenie o poszukiwaniu nowej kelnerki.
Weszłaś do przepełnionej kafejki, gdzie w pocie czoła uwijało się około trzech kelnerek i podeszłaś do lady, za którą stał jakiś chłopak odwrócony do ciebie tyłem.
- Przepraszam! - rzuciłaś, na co ten posłusznie ukazał ci twarz, po której było widać, że nawet nie postara się być miłym i posłał ci pytające spojrzenie.
- No co? - zapytał, gdy tylko stałaś, nie wiedząc od czego zacząć rozmowy i zmarszczył brwi.
- Na ogłoszeniu pisało, że szukacie kelnerki i pomyślałam, że może ja... - zaczęłaś.
- Super! Witam w pracy! Możesz zacząć od zaraz? Mamy dzisiaj prawdziwe urwanie głowy - powiedział chłopak z czymś, co miało chyba być entuzjazmem, ale w jego wykonaniu to była głucha wypowiedź.
- W porządku. Jestem _____. - Podałaś mu dłoń.
- Wu Yi Fan, ale przyjaciele mówią na mnie Kris - powiedział, delikatnie potrząsając twoją ręką. - Dziewczyny pomogą ci jakoś to ogarnąć. Musisz po prostu ubrać fartuszek, przyjmować zamówienia i szczerzyć zęby do kolesi. Czyli normalny dzień każdej dziewczyny - stwierdził, na co prychnęłaś pod nosem. 
Dopiero po chwili zorientowałaś się, że to był żart, a chłopak uważnie obserwował twoją reakcję, śmiejąc się pod nosem.
- To wcale nie było śmieszne. - Parsknęłaś śmiechem na myśl o tym, jak zareagowałaś na to, co powiedział.
- Ranisz - stwierdził z uśmiechem, który wyglądał na szczery i złapał się za serce.
- Komikiem to byś nie mógł być - rzekłaś, starając się zawiązać fartuch z tyłu, co niezbyt ci się udało, bo po chwili się rozwiązał.
- Przestań mnie dobijać i chodź tu, to ci pomogę - powiedział, nadal się uśmiechając i pokazał ci dłonią, żebyś do niego podeszła.
- Nie - stwierdziłaś, nagle poważniejąc.
- Dlaczego? - zapytał zdziwiony i lekko zmarszczył brwi. 
Mimo wszystko podeszłaś do niego i pozwoliłaś mu zawiązać fartuszek. Sprawnie się z tym uwinął, a potem zapytał, czy wszystko jest w porządku, na co ze sztucznym uśmiechem stwierdziłaś, że tak, ale chyba w to wątpił, bo posłał ci przenikliwe spojrzenie. 
- Nie jesteś stąd. - zauważył po chwili, gdy przyniosłaś mu pierwsze zamówienie. - Dlaczego przyjechałaś?
- A czy to ważne? - Zmarszczyłaś brwi i spojrzałaś na niego, unosząc głowę do góry, bo chłopak był chyba nawet wyższy niż Tao. Nie. Nie będziesz myśleć o Tao. Koniec kropka.
- No w sumie to nie, ale... - urwał w połowie zdania, zastanawiając się, co dalej powiedzieć. - Nieważne - dodał po chwili, na co odebrałaś od niego kawę dla stolika czwartego i zaniosłaś ją klientom, czując na sobie przenikliwe spojrzenie chłopaka. Życzyłaś smacznego konsumentom napoju (jak elokwentnie to napisałam xD) i obejrzałaś się przez ramię na Krisa, który szybko odwrócił wzrok w stronę innej kelnerki, która do niego podeszła. "Do niej się nie uśmiechnął." pomyślałaś z jakimś śladem satysfakcji.

Po kilku tygodniach przyzwyczaiłaś się do nowej pracy, która bardzo ci się spodobała i w ogóle twoja praca miałaby same plusy gdyby nie to, że Kris cię podrywał na każdym kroku. W sumie to nie było w tym nic złego, ale i tak trochę uprzykrzało ci życie.

- Tylko, żeby było jeszcze otwarte! - pomyślałaś, gdy około dwudziestej w nocy zorientowałaś się, że zostawiłaś komórkę na ladzie w kawiarni. 
Na szczęście światło w kafejce było włączone co świadczyło o tym, że ktoś jeszcze tu był. Pewnie Kris, który zawsze zostawał trochę dłużej niż inni, żeby wszystko sprawdzić i ewentualnie posprzątać. 
- Cześć! Przepraszam, ale chyba zostawiłam tu telefon i... - powiedziałaś zaraz po otwarciu drzwi kawiarni i przejściu do lady, która była blisko wejścia, ale przerwałaś, bo Kris siedział przy jednym ze stolików, przeglądając twoją komórkę. - Co robisz z moją...
- Kim jest ten chłopak? - zapytał, pierwszy raz odkąd się poznaliście, zwracając się do ciebie z czystą złością w głosie. Zazwyczaj mówił tak do wszystkich. Tylko nie do ciebie.
- Co? - zapytałaś, nie rozumiejąc, o co chodzi Krisowi i dlaczego zwrócił się do ciebie ze złością.
- Kim on jest? - warknął. - I dlaczego masz na telefonie jego zdjęcia? - Podniósł się z krzesła i podszedł do ciebie, pokazując ci zdjęcie Tao.
- Dlaczego od razu się wściekasz? - zapytałaś, będąc bardzo ciekawą odpowiedzi, a Kris przewinął jedno zdjęcie w przód. Na zdjęcie, na którym całowałaś Tao w usta. Spuściłaś wzrok, przypominając sobie, jak chłopak całował się z inną w sali treningowej.
- Dlatego! - odpowiedział, podsuwając ci zdjęcie pod nos.
- I co z tego?! - wybuchnęłaś, już dłużej nie mogąc powstrzymać irytacji. Nie dość, że przeglądał twoje zdjęcia, to jeszcze urządzał ci sceny zazdrości, że znalazł kilka, które mu nie odpowiadało.
- Dlaczego tu przyjechałaś? - zapytał, patrząc na ciebie z taką wściekłością w oczach, że aż cofnęłaś się o krok. - Gdzie on teraz jest?! - krzyknął, podnosząc głos.
- Nie twój interes! Oddawaj mi komórkę! - warknęłaś zdenerwowana dociekliwością chłopaka.
- Nie dopóki mi tego nie powiesz - rzucił przez zęby.
- Dobra, kupię sobie nowy telefon - prychnęłaś i odwracając się na pięcie, podeszłaś do drzwi kawiarni. 
Kris złapał cię za nadgarstek i obrócił w swoją stronę, a następnie spróbował cię pocałować, ale odepchnęłaś go od siebie. - Co ty wyprawiasz!?
- Przepraszam - szepnął, patrząc na ciebie oczami niesłusznie zbitego psa, a następnie podał ci komórkę. - Gdybyś kiedyś chciała o tym porozmawiać to... Zresztą nieważne... Pewnie i tak nie będziesz chciała - stwierdził i z westchnieniem opadł na krzesło przy jednym ze stolików.
- Sądzisz, że tak dobrze mnie znasz? - zapytałaś, odsuwając sobie krzesło naprzeciwko chłopaka.
Ponad godzinę poświęciłaś na odpowiadanie, na zadawane przez Krisa pytania, po czym odprowadził cię do domu, bo było już późno.

- Ej! Co ty robisz!? - krzyknęłaś, gdy Wu Yi Fan pociągnął cię w stronę zaplecza i szybko zamknął za wami drzwi. - Jeśli to kolejna próba pocałowania mnie, to wiedz, że...
- Cicho bądź i poczekaj tu na chwilkę. Zaraz wrócę - powiedział, przykładając palec do ust, żebyś mówiła szeptem i czym prędzej wybiegł z zaplecza.
- Pff. Dobre sobie - prychnęłaś, wychodząc z magazynu i stanęłaś jak wryta. Przed ladą zaciekle dyskutując z Krisem stał... - Tao? - zapytałaś mimowolnie i zawróciłaś, przechodząc przez drzwi do zaplecza, ale chłopak zauważył cię nad ramieniem Wu Yi Fana. 
Kris nie chciał go przepuścić i stali tak, piorunując się wzrokiem, a ty tymczasem usiadłaś na jakiejś skrzynce, zastanawiając się, czemu nie posłuchałaś szefa. Wspomnienia wróciły do ciebie w ciągu jednej chwili i przemykały ci przez głowę z prędkością światła.
- To wejście dla personelu! - warknął Kris, jak zwykle wredny dla wszystkich poza tobą, tak głośno, że usłyszałaś go przez drzwi, a co dopiero musieli go usłyszeć klienci, którzy na pewno nie życzyli sobie kłótni w miejscu, gdzie chcieli porozmawiać lub w spokoju wypić kawę.
- Chodź - powiedziałaś, wychodząc z zaplecza i kiwając głową w stronę swojego byłego chłopaka. Nie chciałaś, żeby przez ciebie kawiarnia straciła klientów.
- ____, ale on...- zaczął Kris i złapał cię za dłoń.
- W porządku. Możesz mnie na chwilę zastąpić? - zapytałaś chłopaka, delikatnie wyrywając mu dłoń z uścisku, na co on lekko skinął głową i pomógł ci zdjąć fartuch. 
Tao stał przy otwartych drzwiach kawiarni, patrząc na was z zazdrością widocznie wypisaną w oczach. Ignorując chłopaka, przeszłaś obok niego, jakby był powietrzem i skierowałaś się w stronę najbliższego parku, a Tao poszedł za tobą.

Siedzieliście w ciszy jak najdalej od siebie na ławce od dobrych pięciu minut, bo żadne z was nie wiedziało jak zacząć rozmowę, do której i tak musiało prędzej czy później dojść.
- _____? - zapytał Tao, a ty spuściłaś wzrok na swoje dłonie i nie odpowiedziałaś. - Przepraszam, ja... - zaczął chłopak najprawdopodobniej pewny, że się do niego nie odezwiesz.
- Nieważne. Nie zmienimy tego, co było... Tylko... - przerwałaś mu, ale nie wiedziałaś, co masz dalej powiedzieć, więc przerwałaś i zaczęłaś obserwować liście, które poruszały się na drzewie kilka metrów przed ławką, na której siedzieliście, jakby było to najbardziej interesującą rzeczą w świecie.
- Tylko co? - zapytał, starając zwrócić na siebie twoją uwagę, żebyś w końcu spojrzała mu w twarz.
- Tylko ja... - powiedziałaś, czując łzy, które zaczęły wzbierać w twoich oczach. 
Tao delikatnie chwycił cię za podbródek i nakierował twój wzrok na swoją twarz.
- Proszę, nie płacz - poprosił z takim żalem w głosie, że aż ciebie to zdziwiło. - Możesz dokończyć?
- Tylko ja nie mogę tego zapomnieć - wyszeptałaś, a pojedyncza łza spłynęła na twoim policzku. Tao otarł ją wierzchem dłoni.
- Przepraszam. Gdybym mógł cofnąć czas, to nigdy by się nie zdarzyło. Nawet nie wiesz, jak strasznie tego żałuję. Ja...
- Wiesz co jest najgorsze? - ponownie mu przerwałaś pewna, że nie zniesiesz jego wytłumaczenia.
- Co? - zapytał z lekkim drżeniem w głosie, bojąc się odpowiedzi.
- To, że gdybym tego nie widziała ty... Nigdy byś mi tego nie powiedział. Prawda? - spytałaś, czując kolejne łzy spływające po twoich policzkach.
- Nie, ja... To prawda - odpowiedział szczerze, ale mimo to, że już prawie dwa miesiące nie byliście razem i tak poczułaś ukłucie w sercu.
- Już lepiej pójdę - powiedziałaś szeptem, podnosząc się z ławki. 
Chłopak nie zatrzymał cię, ani nie odezwał się choćby jednym słowem. Będąc przy wyjściu z parku, odwróciłaś głowę w jego stronę. Tao siedział na ławce, chowając twarz w dłoniach tak samo, jak wtedy gdy wyjeżdżałaś. Łzy zaczęły niekontrolowanie wypływać z twoich oczu. Po tym wszystkim nie byłaś w stanie wrócić do pracy, jednak zrobiłaś to.

- Co on ci zrobił? - zapytał Kris, doskakując do ciebie, gdy tylko przekroczyłaś próg kawiarni i zaglądając w twoją zapłakaną twarz.
- Nic. On... - przerwałaś, gdyż załamał ci się głos i wtuliłaś twarz w miękki podkoszulek chłopaka.
- Gdyby nic ci nie zrobił, to byś nie płakała - stwierdził, mocno cię obejmując i poprowadził cię w stronę zaplecza.
- Ale on naprawdę nic mi nie zrobił. Ja tylko... - próbowałaś mu się jakoś wytłumaczyć na zapleczu, ale jedynie wybuchnęłaś, płaczem mocząc mu podkoszulek.
- Spokojnie - powiedział uspokajającym tonem i pogładził cię po włosach. - Wszystko będzie dobrze. Chciałabyś wziąć dzisiaj wolne?
- Nie. Jest w porządku. Mogę pracować - zapewniłaś go, ale spojrzał na ciebie z politowaniem, więc przystałaś na jego propozycję. - Jutro zostanę dłużej.
- Nie - stanowczo zaprzeczył Kris. - Nie zostaniesz po godzinach.
- Ale... - zaczęłaś protestować, odsuwając się od chłopaka.
- Cicho - urwał stanowczo waszą "kłótnię". - Odprowadzić cię do domu?  - zapytał, patrząc na ciebie z niepokojem.
- Ale kawiarnia...
- Spokojnie. Zadzwonię do siostry,  żeby tu przyszła. Zaczekaj chwilkę - poprosił, wybierając na komórce numer telefonu do swojej siostry. 
Ich rozmowa trwała tak długo,  że w końcu znudziło ci się czekanie i samotnie poszłaś ścieżką do swojego domu. Po chwili usłyszałaś za sobą szybkie kroki i zwolniłaś odrobinę, wiedząc, że to Wu Yi Fan. Chłopak przytulił cię od tyłu, obejmując swoimi silnymi ramionami.
- Kris, puszczaj mnie! - zaśmiałaś się cicho, odwracając głowę w stronę chłopaka.
Tylko, że to nie był Wu Yi Fan.
- Kim jest Kris? - zapytał zaskoczony Tao, któremu szybko się wyrwałaś. - Za czekaj.
- Czego chcesz? - warknęłaś, pierwszy raz od kilku miesięcy nie czując złości na chłopaka. 
W końcu przejechał za tobą tyle kilometrów i odszukał cię, co pewnie musiało trochę zająć, tylko po to, żeby cię przeprosić.
- Nadal jesteś na mnie zła? - zapytał i lekko wydął wargi, robiąc niezadowoloną minę, jednocześnie przyglądając ci się z widocznym niepokojem.
- Nie do końca - stwierdziłaś cicho. Co prawda nie wybaczyłaś mu w stu procentach,  ale w trzech czwartych tak.
- Naprawdę? - zapytał z niedowierzaniem w głosie.  - Czyli, że znowu jesteśmy parą?
- Co!? Nie! Sądzisz,  że będę w stanie ci zaufać po tym co zrobiłeś!? - zapytałaś z niedowierzaniem, odsuwając się od chłopaka o krok.
- W porządku - stwierdził, smutniejąc w jednej chwili.  - Ale zostaniemy przyjaciółmi?
- Jasne - odpowiedziałaś, na co chłopak przytulił cię z entuzjazmem.  - Co ty robisz?
- Przyjaciele się przytulają.
- No wiem, ale...
- Ej, zostaw ją! - krzyknął Kris, który zdyszany właśnie wybiegł zza zakrętu i zobaczył cię w ramionach chłopaka.
- Bo co!? - warknął Tao, oczywiście, nie wypuszczając cię z objęć.
- Bo... - zaczął Wu Yi Fan, podbiegając do was i piorunując Tao wzrokiem.
- Kris, wszystko w porządku - rzekłaś, zdejmując z siebie ramiona Tao, na co twój szef spojrzał na ciebie z otępieniem.
- A więc to jest ten Kris - rzucił Zitao, mierząc chłopaka krytycznym spojrzeniem.
- Odprowadzę cię do domu - ponownie zaproponował Wu Yi Fan, chwytając cię za dłoń.
- Nie! Ja cię zaprowadzę! - wyrwał się Tao.
- Nie zgubię się - stwierdziłaś i poszłaś sama w kierunku swojego mieszkania, zostawiając za sobą piorunujących się wzrokiem młodzieńców.

Kolejne dni mijały w miarę spokojnie.  Po tym jak wybaczyłaś Tao, było ci jakoś lżej na sercu,  ale Kris otwarcie nie popierał twojej decyzji, co w sumie było dość zrozumiałe, skoro czuł się zazdrosny. I nic nie zapowiadało tego, co wydarzy się w piątek.

Tego dnia miałaś przeszkolić dziewczynę,  która starała się o stanowisko przy ekspresie, bo tłum w kawiarni rósł tak szybko, że Kris nie nadążał z wykonywaniem zamówień.
- Gotowe - powiedziała kandydatka, podając ci kubek gorącej kawy z pianką. - To moja specjalność - stwierdziła, posyłając uśmiech komuś nad twoim ramieniem.
- Pyszne - westchnęłaś po upiciu łyku napoju.
- Mogę spróbować? - zapytał Wu Yi Fan, który właśnie do was podszedł.
- Jasne - powiedziałaś i wyciągnęłaś do niego dłoń z parującym kubkiem, podnosząc drugą, aby otrzeć sobie usta.
- Wspaniale - rozpromienił się chłopak, a następnie chwycił twoją dłoń z kubkiem i przesunął ją w bok. Po czym momentalnie przysunął się do ciebie i pocałował cię, opierając twoje plecy o ścianę.
- Naprawdę pyszne - stwierdził już po odsunięciu się od siebie. 
Rozejrzałaś się po kawiarni, zauważając, że klienci (a w szczególności klientki) wpatrują się w was w tępym osłupieniu. Wtedy twój wzrok padł na zamykające się drzwi. Przypomniała ci się sytuacja sprzed miesięcy. Wybiegłaś z kafejki, rozglądając się za...
- Tao! - krzyknęłaś, gdy zauważyłaś chłopaka na ławce w parku i podbiegłaś do niego, przysiadając obok. - Wszystko w porządku?  - zapytałaś, lekko dotykając jego dłoni, która bezsilnie spoczywała na jego kolanie.
- Mogłaś uprzedzić, że już sobie znalazłaś nowego chłopaka - stwierdził z goryczą i podniósł na ciebie swoje załzawione oczy. - A ja głupi wierzyłem, że znowu będziemy razem.
- Tao...
- Już wiem jak się czułaś. Przepraszam jeszcze raz i już się zabieram. Zostań tu z tym wampirzym chłoptasiem, ożeńcie się i miejcie w cho... - przerwał, bo zamknęłaś mu usta pocałunkiem, na który ochoczo odpowiedział i wplótł palce w twoje włosy, przyciągając cię do siebie jak najbliżej.
Serce biło ci dwa razy szybciej niż powinno, a mimo to nie oderwałaś się od chłopaka, przelewając w pocałunek całą swoją tęsknotę i ból ostatnich tygodni, ale przede wszystkim miłość do Tao, który siedział tuż obok, wpijając się w twoje usta.
- Kocham cię - szepnęłaś z ustami tuż przy jego, gdy po długiej chwili oderwałaś się od chłopaka.
- Ja ciebie też - westchnął, ponownie łącząc wasze usta w pocałunku dłuższym niż poprzednio.
                                                              

Dobra. Mogę z czystym sercem stwierdzić, że pisałam to nawet dłużej niż "Tylko przyjaciele?", bo po skończeniu tego one shota wpadłam na dużo lepszy pomysł i sądzę, że teraz scenariusz jest ciekawszy. Początkowo było to opowiadanko, w którym Kris miał dostać swoje "długo i szczęśliwie", ale w końcu "wygrał" Tao ^^ Ale nie przejmujcie się,  bo na Wu Yi Fana mam chyba nawet jeszcze lepszy pomysł.

Opublikowałabym to już przedwczoraj, ale:
a) Przedwczoraj dorwałam się do zaje książki "Czerwień Rubinu", od której nie mogłam się oderwać i w jakieś 3 godziny przeczytałam ją dwa razy. Polecam wszystkim! Jutro muszę sprawdzić, czy w bibliotece jest już "Błękit Szafiru", bo pani obiecała mi, że zamówi.
b) Wczoraj nie mogłam dorwać się do komputera, żeby to opowiadanie sprawdzić, bo na komórce nie wyświetlają mi się ewentualne błędy, a poza tym nie umiem dodawać obrazków na telefonie i zapisywać tu gifów. Huehuehue xD

Mam nadzieję,  że się spodobało.
Czekam na opinie i komentarze ★
Teayeon, która bierze się za Wasze zamówienia i przestaje pisać od czapy (co wcale nie znaczy, że jeszcze do tego nie wrócę, bo jestem w stu procentach pewna, że wrócę.)